Diss na wszystkich diabłów
Diss – rozwinięcie pochodzi z języka angielskiego, ze słowa disrespect, czyli obraza. Jest to atak słowny kierowany w konkretną postać/artystę. Z dissem najczęściej można się spotkać podczas potyczek freestyle’owych. Diss polega na wytknięciu negatywnych cech przeciwnika, naśladowaniu jego stylu lub na przekształcaniu fragmentów jego twórczości w sposób obnażający ich słabości.
Atak tego rodzaju jest charakterystyczny dla środowiska hip-hopowego, przy czym według przyjętych kanonów nie należy przy jego pomocy obrażać rodziny ani partnera/partnerki osoby, której dotyczy diss, co nie znaczy, że takich dissów nie było. Dissy wykorzystują tzw. punchline’y – wersy wyjątkowo ubliżające lub celne. Za pierwszy diss można uznać kawałek “Roxanne, Roxanne” nagrany przez U.T.F.O. na Roxanne Shante.
Do polskich wykonawców, którzy wzajemnie tworzyli wobec siebie dissy należą.. Ciach, nikogo to nie obchodzi.
Życie
Amalgunda siedziała na murku pod drzewem z rozłożonymi nogami. Silna opalenizna wyraźnie ją postarzała, dlatego Radost wciąż kręcił się wokół niej, by znaleźć odpowiednie miejsce, z którego światło będzie korzystnie na nią padać.
- Amalgunda, tylko wiesz.. – zaczął nieśmiało Radost.
- Hmm? – zapytała z szeroko otwartymi oczami.
- Wiesz co.. Oprzyj się o drzewo. Wejdź cała na murek. O, świetnie.
Radost zrobił zdjęcie. Amalgunda zmieniała miny po każdym błyśnięciu flesza. W pewnym momencie Radost przerwał focenie. Amalgunda zauważyła to dopiero po chwili i zapytała, co się stało.
- Dyfuzor poszedł..
- Dyfu-co? Nie da się bez tego zdjęć robić?
- No na dziś to będzie raczej koniec. – odparł smutno Radost i zaczął pakować aparat oraz inne fotograficzne akcesoria do swojej szaro-pomarańczowej torby.
- Szkoda. A kiedy będą zdjęcia? Wiesz, chciałam już sobie wrzucić na Grono.
- Postaram się je obrobić jak najszybciej. Dam ci znać. – odparł Radost. Po chwili dorzucił: - A może.. Może wybrałabyś się ze mną na kawę?
Amalgunda popatrzyła przez chwilę na Radosta, po czym zaśmiała się i powiedziała:
- Nieee.. Wiesz co.. Nie. – odpowiedziała ze śmiechem i związała swoje długie, blond włosy.
- Acha. – odpowiedział z udawaną obojętnością Radost.
- Zresztą sam przecież mówiłeś, że musisz się uczyć na ten egzamin z.. Jak to się nazywało? Jakoś tak śmiesznie.
- Angelologia.
- O właśnie. Także idź już lepiej się uczyć.
- Ale chętnie bym ci poświęcił jeszcze trochę czasu.
- Nie.. Naprawdę nie. Powiedz jak naprawisz to coś. Ja będę lecieć.
- Bywaj. – odparł Radost, patrząc jak Amalgunda odchodzi.
Park zielenił się z całych sił. Roiło się w nim od zakochanych par, trzymających się za ręce i młodych matek, pchających wózki. Jakiś chłopak bawił się na polanie z psem. Jakaś kobieta leżała nieopodal w bikini i korzystała z gorącego słońca. Wszystko wokół było takie radosne.
Radost zarzucił torbę na ramię i wyciągnął ze spodni swój odtwarzacz Creative ZEN. Zaczął przeszukiwać listę wykonawców w poszukiwaniu czegoś, co poprawiłoby mu humor. W końcu odpalił starego, sprawdzonego Coldplaya i udał się w stronę przystanku.
Na przystanku był sam. Wsłuchiwał się, jak Chris Martin śpiewa o Jeruzalem i świętym Piotrze, i obserwował przejeżdżające ulicą samochody. Nie wzbudzały w nim żadnych uczuć. W końcu przyjechał upragniony autobus.
Wszystkie miejsca wewnątrz były zajęte, więc stanął obok kasownika na końcu autobusu i wyglądał na zewnątrz przez jego drzwi. Dopiero po chwili zauważył, że przygląda mu się chłopak, siedzący obok. Z początku nie domyślał się, o co chodzi, ale potem również mu się przyjrzał i zauważył, że na czarnej koszuli miał wielki, biały napis „COLDPLAY ARE WANKERS”. Chłopak musiał widocznie usłyszeć i rozpoznać, co leciało w słuchawkach Radosta. Radost poczuł się z tym nieswojo, więc wyciągnął Zena i przełączył na The Birthday Massacre. Poleciał kawałek, który kojarzył mu się wyjątkowo smutno. Ustawił zapętlone odtwarzanie i już doskonale wiedział, że będzie to doskonały akompaniament do jego powrotu do domu.
Gdy przechodził obok swojego bloku, zauważył swoją koleżankę, Sofko. Siedziała na trzepaku ze słuchawkami w uszach. Podszedł do niej i powiedział głośno:
- Witaj!
Wtedy otworzyła oczy, wyjęła słuchawki z uszu i przywitała się.
- Cześć!
- Co tam?
- A tak siedzę sobie.
- Heh.
Chwila ciszy.
- No ja wracam właśnie ze zdjęć. – podjął na nowo rozmowę Radost.
- O, coś ciekawego?
- Koleżankę fociłem. Zobaczymy.
- Chętnie popatrzę. – uśmiechnęła się Sofko i zeszła z trzepaka.
- Będę musiał obrobić.
- No tak.
Chwila ciszy.
- Teraz pewnie nie będę miał czasu. – dodał Radost.
- Czemu?
- Mam egzamin w poniedziałek.
- Och. Coś trudnego?
- Angelologia.
- Na pewno dasz radę. – pocieszyła go Sofko.
Chwila ciszy.
- To nie będę ci zabierać czasu. Idź się uczyć lepiej! – odparła z uśmiechem Sofko.
- Heh. Tak. Bywaj!
Sofko odeszła w stronę innego bloku. Radost patrzył za nią przez chwilę, po czym wszedł po schodach do czerwonych drzwi od klatki. Wystukał na domofonie rok, w którym Hiszpania proklamowała republikę i wszedł do bloku.
Pierwsze kuszenie
Radost wszedł do swojego pokoju, zamknął za sobą drzwi i rzucił torbę na łóżko. Następnie sam się rzucił na swój obrotowy fotel z beżowo-kremowym obiciem i chwilę odetchnął. Włączył komputer, a podczas gdy uruchamiał się system, poszedł do kuchni, gdzie zrobił sobie herbatę.
Herbata Radosta nie była jednak zwykłą herbatą. Po zagotowaniu wody, wrzucił do niej torebkę Liptona. Poczekał, aż mocno naciągnie, aby napój był odpowiednio soczysty, po czym nasypał sobie trzy łyżeczki cukru. Przez chwilę się zawahał.. I dosypał jeszcze odrobinę. Ostrożnie wcisnął do kubka nieco soku z cytryny, uważając by nie wpadła do niego zwisająca z owocu pestka, a na koniec dolał sobie jeszcze swojego ulubionego soku malinowego z dodatkiem lipy. Z tak przygotowanym napojem wrócił do swojego pokoju.
Ponownie rzucił się na fotelu, postawił gorącą jeszcze herbatę na biurku i zajął się komputerem. Standardowo przejrzał najnowsze wiadomości w portalach informacyjnych, muzycznych i fotograficznych. Następnie uruchomił Tlen – swój komunikator internetowy. Od razu wyskoczyły mu dwa okienka z wiadomościami od Dzierżykraja i od Kuszęta. Ten pierwszy przeklejał link do testu nowego aparatu, z Kuszętem zaś zanosiło się na dłuższą rozmowę.
Radost odpisał mu, że jest przy komputerze.
- Fajowsko. Masz doła? – odpisał zaraz Kuszęt.
- Chyba nie. – odpowiedział niepewnie Radost.
- Coś ci nie wierzę.
- Raczej nic więcej, niż zwykle.
- Szkoda. Podołowałbym się z tobą.
- Coś się dzisiaj wydarzyło w twoim życiu, Kuszęcie?
- Chyba to, co zwykle. Nic. A w twoim, Radoście?
- Byłem dziś na fotach.
- Zdziwiłbym się, gdybyś robił co innego.. Coś ciekawego?
- Miałem sesję z Amalgundą.
- O rany. Czemu ci się chce marnować czas na takie nic nie warte, a i wizualnie strasznie szpetne, bździągwy?
- Mylisz się, Kuszęcie. Amalgunda jest bardzo miłą osobą.
- Taa. A nowy singiel Mandaryny to rock progresywny. Swoją drogą ciekawe, pewnie Amalgunda słucha Mandaryny.
- Zmieniłbyś o niej zdanie, gdybyś poznał ją bliżej.
- Za żadne skarby.. Czekaj, a ty ją poznałeś bliżej?
- Nie.
- Coś jest na rzeczy, mów natychmiast.
- Ech. Chciałem ją dziś zabrać na kawę, ale nie miała ochoty.
- No całe szczęście! Kurde, naprawdę, dlaczego ty uderzasz do takich osób, jak ona?
- Nie wiem, Kuszęcie.
- No właśnie. Zwłaszcza, że przecież masz na horyzoncie Gabrielle.
- To jest bardzo daleki horyzont.
- Oj, bo się źle zabierasz do tego.
- Chyba ma kogoś.
- Czemu tak sądzisz?
- Wczoraj znów wpatrywała się między zajęciami w jakieś zdjęcia na buraku.
- Może ma fajną tapetę po prostu?
- Nie. Tam był jakiś chłopak. I w rozmowie sprawiała wrażenie, jakby była myślami gdzieś daleko.
- Ech.
- Tak dokładnie.
- Chodź, zapuścimy sobie „Pornography” Kjurów i się podołujemy.
- Już leci u mnie „Wild Mood Swings”.
- Jak ty możesz tego gówna słuchać..
- Pasuje mi do nastroju.
- Przecież masz smutny nastrój, powinieneś słuchać smutnej muzyki, a nie tego bezpłciowego badziewia.
- Jakoś ta płyta bardziej mi dziś pasuje. Coś robiłeś dziś?
- Grałem w Wolverine’a cały dzień. Ot, głupawa młócka. Łazisz cały czas, rozwalasz wszystko i wszystkich na swojej drodze. Dobra na odstresowanie. I skutecznie myśli odwraca od wiadomych rejonów..
- Ech.
- Też powinieneś pograć. Się wtedy nie siedzi przynajmniej cały dzień na gronie, nie wpatruje w dziwne zdjęcia, nie śledzi po ulicach, uczelniach, nie zastanawia, co robi teraz. Dobra gra na takie stany.
- Heh.
- No właśnie.
- Wybacz Kuszęcie, nie stać mnie dzisiaj na jakiś głębszy komentarz.
- Najlepszym komentarzem dziś chyba będzie tekst z basha: „Nikt kobiet nie rozumie: faceci kobiet nie rozumieją, kobiety same siebie nie rozumieją.. Tylko pedały je rozumieją i dlatego są pedałami.”
- Heh.
- A ciebie coś jeszcze gnębi?
- Egzamin z angelologii.
- Och. To w ten poniedziałek?
- Tja.
- Nie przejmuj się nim w ogóle, na pewno go zdasz. To jest taki przedmiot, że na pewno wszyscy dostaną zaliczenie na odwal się, byle mieć tylko z głowy. Nie będzie takich, co nie zaliczą.
- Wątpię.
- I co, idziesz się uczyć zaraz?
- Tak.
- No to siemano.
- Bywaj.
Radost faktycznie odszedł po chwili od komputera, położył się na łóżku i sięgnął po podręcznik do angelologii. Otworzył go.. I wtedy jego umysł zaczęły nawiedzać myśli, że może faktycznie nie ma co się tego uczyć. Nie uwierzył co prawda w słowa Kuszęta, że wszyscy będą mieli ten przedmiot zaliczony, bo jest zbyt chory, żeby wymagać od ludzi jego dokładnej znajomości, ale miał przecież jeszcze cały weekend na naukę. A teraz naprawdę nie nadawał się specjalnie do czytania tego, kiedy był w nienajlepszym nastroju i jeszcze Kuszęt rozbudził jego smutek, związany z Gabrielle. Odłożył więc podręcznik z powrotem na półkę, zapuścił sobie na Zenie ścieżkę dźwiękową z filmu „Requiem dla snu” i przy jej akompaniamencie poleżał jakąś godzinę na podłodze, a następnie usiadł z powrotem do komputera i resztę wieczoru spędził na przeglądaniu Internetu i rozmowie z Dzierżykrajem o fotografii.
Drugie kuszenie
Radost obudził się kilka minut po jedenastej. Wyjątkowo nie chciało mu się wstawać z łóżka, więc pokręcił się w nim jeszcze trochę. Aby w końcu zmusić się do wstania, postanowił wciągnąć z samego rana na przebudzenie nieco tabaki. Sięgnął do biurka po czarną tabakierę i pustą rurkę długopisu, wysypał sobie odrobinę jej zawartości pomiędzy kciuk a palec wskazujący, a następnie wciągnął tabakę przez rurkę. Potem wciągnął mocno powietrze nosem, odchylił się do tyłu i cały się zatrząsł. Poleżał jeszcze przez chwilę w takim stanie w łóżku, po czym wstał i poszedł do łazienki się ogarnąć.
Umył zęby, nażelował włosy i przywitał się z rodziną w kuchni. Wypił herbatę (tym razem zwykłą), zjadł dwie kanapki i wrócił do pokoju. Plan był taki, żeby położyć się z książką i już od samego rana kuć. Szybko jednak okazało się, że w rzeczywistości nie będzie tak łatwo.. Radost faktycznie położył się ze swoim podręcznikiem do angelologii, lecz już po przejrzeniu kilku stron doznał załamania. Przecież tego materiału jest za dużo, w życiu nie zdoła się tego nauczyć w jeden weekend. Kartkował dalej podręcznik i jego obawy tylko narastały. Jak w ogóle jest możliwe nauczenie się takich dziwactw, a co dopiero w tak krótkim czasie?! W głębi duszy zaczął wyrzucać sobie, że nie pracował regularnie przez cały semestr, że nie uczył się tego na bieżąco, ale z drugiej strony doskonale zdawał sobie sprawę, że i tak by mu to nie wyszło, że tylko zmarnowałby w ten sposób czas.
Radost uznał, że teraz tak naprawdę też marnuje czas i że może spokojnie się poddać, bo nie ma co się brać za naukę tego w ostatniej chwili. Rzucił książką o ścianę i wciągnął jeszcze jedną porcję tabaki. Na chwilę przeczyściło mu to umysł, lecz nie wystarczająco. Sięgnął więc jeszcze po smukłą butelkę z zieloną zawartością, która stała na półce nad jego łóżkiem. Ignorując wszelkie obowiązujące zasady degustacji absyntu, nalał sobie zielonego płynu do kubka i wychylił w trzech łykach. To już bardziej pomogło.
Pod stosem papierów na biurku odnalazł swojego Zena, założył słuchawki i rzucił się na podłogę. Słuchał najsmutniejszych utworów, jakie miał na niego zgrane, a do tego oglądał na jego dużym wyświetlaczu pokaz slajdów, złożony ze zdjęć Gabrielle. Ten widok, choć tak piękny, przytłaczał go, bo wiedział doskonale, że musi nauczyć się tej całej angelologii, zaliczyć wszystkie egzaminy i trwać na swoim dziwnym kierunku przez kolejne lata, jeśli tylko chce dalej być w pobliżu swojej wybranki. Nawet jeśli nie miał u niej szans, nawet jeśli ona wybierała wciąż innych, wiedział, że to dla niego jedyna droga.
I właśnie ta wiedza ciągnęła za sobą największy smutek. Ogrom materiału, jaki miał do wyuczenia na poniedziałek, zupełnie go przerastał. Ocalić go mógł tylko jakiś cud.. Radost jednak nie liczył na takowy, więc postanowił, że musi wziąć się w garść. Wyłączył Zena, patrząc jeszcze przez chwilę, jak gaśnie oblicze jego ukochanej i milkną w słuchawkach słowa „I promise you one day, I promise you always, we’ll make it out one day”. Przeniósł się z podłogi na łóżko i raz jeszcze rozpoczął zmagania z podręcznikiem do angelologii.
Trzecie kuszenie
Nie zdążył nawet przeczytać jednego rozdziału, jak otworzyły się drzwi do jego pokoju i w progu stanęła jego matka.
- Byłeś w Vobisie?
Radost przez chwilę nie mógł skojarzyć, o co może chodzić jego rodzicielce.
- Chciałam, żebyś oddał do serwisu mojego laptopa. Nie pamiętasz już?
- Prze.. Przepraszam, zapomniałem. – odparł, wracając powoli do rzeczywistości.
- To idź z nim teraz. Ja zaraz muszę wyjść i nie będę miała czasu.
- Ale dziś jest sobota.
- No to co? Vobis otwarty cały tydzień. Idź z tym laptopem.
- Muszę się uczyć! – powiedział zdecydowanie Radost.
- Właśnie widzę, jak się uczysz. – zripostowała mama Radosta, wskazując wymownie na leżącą na środku pokoju tabakierę. – Idź, im szybciej go oddasz, tym szybciej go naprawią, a ja naprawdę potrzebuję tego laptopa.
Radost był wściekły, ale już nawet nie zdążył odpowiedzieć swojej rodzicielce, gdy zamknęła za sobą drzwi, a chwilę potem wyszła z domu. Był tak szczęśliwy, że w końcu udało mu się wziąć za naukę, a tu ktoś znów mu w niej przeszkadza.. Nie miał jednak dużego wyboru. Kolejny raz odłożył podręcznik do angelologii, przebrał się w coś sensownego, wziął z przedpokoju czarną torbę z laptopem i wyszedł z mieszkania.
Pod klatką znów zauważył Sofko. Huśtała się na osiedlowej huśtawce. Podbiegł w jej kierunku i przywitał się.
- Witaj!
- Cześć. – uśmiechnęła się serdecznie Sofko. – Nie uczysz się?
- Ech. Matka kazała mi iść z laptopem do serwisu.
- Rozumiem.
Radost przez chwilę obserwował, jak prowokowany delikatnym huśtaniem wiatr lekko rozwiewa kasztanowe włosy Sofko.
- A ty długo tak się tu huśtasz?
- Czekam na kogoś.
- Acha.
Przez chwilę milczeli jeszcze wspólnie.
- To ja idę do tego serwisu.
- Okej, powodzenia.
- Dzięki. Bywaj.
- Cześć.
Radost oddalił się od placu zabaw, dźwigając w ręce torbę z laptopem. Ruszył w kierunku centrum handlowego, w którym znajdował się sklep komputerowy, do którego miał oddać komputer. Droga do centrum była prosta, ale dość długa. Przez cały czas, gdy ją pokonywał, wyrzucał sobie, że nie uczy się w tej chwili angelologii. Gniew spotęgował widok kościoła, który mijał w międzyczasie. Chyba pierwszy raz to miejsce wzbudziło w nim tak negatywne emocje. Mijał kolejne budynki i sklepy, ludzi, kobiety z psami i młodych chłopaków, idących przez życie w małych skupiskach, charakteryzujących się głośnym przeklinaniem. Radost nigdy wcześniej na to nie narzekał, ale tym razem ta droga była zdecydowanie za długa i wkurzało go na niej absolutnie wszystko.
W końcu z oddali zaczął dostrzegać wielki, majestatyczny budynek centrum handlowego. W okolicy robotniczych osiedli, które go ze wszech stron otaczały, zdawał się być z innego świata, jak z jakiejś futurystycznej utopii. Jednocześnie jego budowa była dość prosta, nie tak przekombinowana, jak większości centrów handlowych w mieście. Tak przynajmniej wyglądała jego nowsza część – stara, która znajdowała się z drugiej strony, była cała oszklona i sprawiała jeszcze pozytywniejsze wrażenie. W odróżnieniu od innych kompleksów handlowych, które skupiają się wyłączanie na dotarciu do jak największej ilości lansujących się nastolatków, to miejsce miało swój charakterystyczny klimat i bardzo miło spędzało się w nim czas.
Im bliżej centrum handlowego podchodził Radost, tym wyraźniej dostrzegał pewne zamieszanie pod samym kompleksem. W końcu dostrzegł, że ludzie gromadzą się wokół mężczyzny, ubranego jedynie w białą przepaskę na biodrach, przywiązanego do krzyża. Mężczyzna był łysy, miał czarne okulary przeciwsłoneczne i w żadnym wypadku nie przypominał Jezusa, ale to właśnie centralna postać chrześcijaństwa zdawała się być przyczyną całego zamieszania, jakie wywołał.
- Nie doceniacie go! Nie pamiętacie o nim! – krzyczał na całe gardło mężczyzna. – Dziś jest dla was wrogiem, pali wasze stopy. Zapominacie, że narodził się ponownie dla was! Żeby cierpieć! Przez cierpienie innych, przez wasze cierpienie!
Pośród zgromadzonych wokół mężczyzny ludzi znajdowały się głównie rozbawione nastolatki, ale nie brakowało też starszych gapiów, a nawet zbulwersowanych starszych pań. Radost chętnie dołączył do gron obserwujących.
- Ty, ale twój Jezus to był przybity do krzyża, a nie po prostu stał sobie z deskami przywiązanymi do ramion! – wykrzyczał w którymś momencie niepoważnym tonem jakiś czterdziestolatek.
- No i co! – zripostował szybko łysy w okularach. – Śmierć Jezusa mnie porusza! Bardziej od ciebie, kurwo! Ja mam to powołanie! Śmierć Jezusa mnie porusza!
Radost żałował, że nie ma ze sobą aparatu. Z takiej akcji byłby świetny reportaż.
W pewnej chwili wszyscy zgromadzeni wokół mężczyzny z krzyżem zaczęli się oddalać, a od strony centrum handlowego szła w jego stronę grupka ochroniarzy w czarnych garniturach. Dwóch wzięło go za ramiona, nie zważając na utrzymujący się na nich prowizoryczny krzyż, trzeci odparł krótko „Koniec tej zabawy” i szybkim krokiem ruszyli z powrotem do kompleksu handlowego, gdzie wkrótce wszyscy czterej zniknęli. Tłum gapiów rozszedł się w błyskawicznym tempie, a Radost kontynuował swoją wędrówkę do sklepu komputerowego.
Wewnątrz centrum handlowego od razu poczuł ulgę – w środku było chłodno i wilgotno (przez środek całego kompleksu ciągnął się sztuczny zbiornik wodny), co stanowiło miłą odmianę po duchocie panującej na zewnątrz. Radost od razu ruszył żwawym krokiem w stronę Vobisu, usytuowanego bardzo niedaleko od wejścia.
W sklepie przywitał go od razu miły pan w błękitnej koszuli. Wysłuchał uważnie, w czym tkwi problem z laptopem, zażądał karty gwarancyjnej, po czym zabrał komputer na zaplecze i poinformował Radosta, że naprawa potrwa do dwóch tygodni. Radost próbował przekonać sprzedawcę, że zależy mu, aby komputer naprawiono jak najszybciej, ten jednak twardo twierdził, że nie ma na to żadnego wpływu. Radost podziękował, pożegnał się i opuścił sklep.
Swoje kroki skierował od razu do marketu spożywczego, który znajdował się tuż obok. Po tak wyniszczającym psychicznie dniu miał ochotę na puszkę jakiegoś napoju energetyzującego. Wielkie było jego zdziwienie, gdy idąc przez dział z napojami, spostrzegł dwie znajome sobie postaci.
- Piliśmy przecież ostatnio lemona, dawaj, dziś bierzemy zwykły tonic. – przekonywał wyższy.
- Jak chcesz, to bierz sobie tonic, ja biorę lemona. – spokojnie oznajmiał niższy.
- Ale nie można w kółko pić lemona!
- Siemano. – przywitał się Radost z nieświadomymi jego obecności Kuszętem i Maurusem.
- O, siemano. – odpowiedzieli obaj.
- Kłócicie się, jakiego Schweppesa wziąć?
- Ta, coś w tym stylu. A ty co, jakieś dziadostwo wziąłeś? – spytał Kuszęt.
- Tja, potrzebuję dziś kopa.
- No ja ci chętnie mogę zasadzić za coś takiego. – zripostował Kuszęt.
- Heh. – odpowiedział Radost.
- Dobra, idziemy do kasy? – spytał niecierpliwie Maurus.
- No.
Poszli we trzech do najmniej zatłoczonej kasy. Stojąc w kolejce, Radost rozpoczął temat:
- Ej, a widzieliście, jaka akcja była przed wejściem?
- Nie. Dopiero co przyszliśmy. – odpowiedział Kuszęt.
- Jakiś koleś, taki łysy drechol w okularach przeciwsłonecznych, przywiązał się do krzyża, stanął przed wejściem i wyrzucał ludziom, że nie pamiętają o Jezusie.
- Ehehe, dobry. – zaśmiał się Maurus.
- W którymś momencie pojechał dobrym tekstem: mówił, że śmierć Jezusa go porusza.
Kuszęt i Maurus wybuchli śmiechem.
- No i co z nim?
- Nie wiem, zaraz potem go ochrona zgarnęła.
- Kurczę, szkoda, że nas tam nie było. – żałował Kuszęt.
Wkrótce trójka przyjaciół opuściła spożywczy.
- Ej, Radost. Idziesz dziś z nami na imprezę? – spytał Kuszęt.
- Nie, nie ma opcji, uczyć się muszę.
- Ech, z tobą to zawsze..
- I tak się nie nauczysz niczego. – odparł Maurus.
- Nie mogę iść. Muszę się uczyć tej pieprzonej angelologii.
- Jak chcesz. Ale zapowiada się naprawdę świetna impreza, nie wiesz, co tracisz.
- To na ławkę z nami też teraz nie pójdziesz? – spytał Maurus.
- No nie. Będę zwijał się na chatę już.
- Ech, Radoście, Radoście.. Ty bucu. – odpowiedział Maurus.
- Pff. – parsknął Radost. – Ssiesz.
- Ty też. – zripostował Kuszęt. – No dobra, to siemano w takim razie.
- No, siemano.
- Siemano.
Kuszęt i Maurus poszli w głąb centrum handlowego, Radost zaś udał się z powrotem do wyjścia.
Pokonując kolejny raz drogę do domu, popijał z puszki swój napój energetyzujący i niecierpliwił się, jak w końcu będzie mógł rzucić się na łóżko i na spokojnie pouczyć angelologii. Teraz był zdeterminowany. Wiedział, że musi się tego nauczyć. Miał coraz mniej czasu, ale chciał wykorzystać go jak najlepiej.
I gdy w końcu dotarł do domu, rzeczywiście rzucił się na łóżko i zatopił w lekturze podręcznika. Spędził z nim ładnych parę godzin, a zasnął dopiero późną nocą.
Czwarte kuszenie
Radost obudził się koło południa, z głową w książce od angelologii. Czuł wielką radość i ulgę, że spędził pół nocy ucząc się tego. Wypełniało go poczucie dobrze spełnionego obowiązku, czuł jak wiedza przepływa przez jego umysł. Był przekonany, że teraz już wie wszystko i jak tylko się jeszcze trochę dziś pouczy, to zda egzamin bez najmniejszego problemu. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że dzwoni jego komórka. Odebrał w ostatniej chwili.
- Słu.. Słucham? – spytał zaspany.
- Siemano, obudziłem cię? – po drugiej stronie rozpoznał głos Kuszęta.
- Tak.. jakby. Co się dzieje?
- Byłem na tej imprezie wczoraj. Naprawdę żałuj, że cię nie było.
- Tak, wiem. Tylko dlatego mnie budzisz?
- Zgadnij, kto był.
- Nie wiem, kto był.
- Wiesz kto był.
- Nie wiem.
- No zastanów się. – Kuszęt dał Radostowi jeszcze chwilę na zastanowienie się. – No Gabrielle!
- Ale ona nie słucha takiej muzyki przecież.
- No ale jednak tam była.
Radost momentalnie w pełni się rozbudził.
- Co? – spytał cicho z niedowierzaniem.
- No była. Może ona nie słucha gotyku i industrialu, ale jej chłopak raczej tak.
Radosta znów zamurowało.
- Jaki chłopak? – spytał ze strachem w głosie.
- Fryzurę miał dziwną. Ubranie.. też miał dziwne. Chyba za bardzo wczuł się w klimat imprezy, miał taką jakby zbroję metalową z kolcami na ramionach. Wyglądał trochę jak Power Ranger. I cykał dużo zdjęć, miał prawie tak wielki obiektyw jak ty.
Radost słuchał z niedowierzaniem.
- Gadałem chwilę z nimi. Gabrielle mnie poznała, więc się przywitaliśmy i zamieniliśmy dwa słowa. Niestety, nie pamiętam jak przedstawiła tego gościa, użyła jakiejś dziwnej ksywki.. W ogóle to chyba jakiś niezły artysta jest. Oprócz cykania zdjęć, dużo maluje. Z rozmowy wynikało, że bardzo jej się podobają jego obrazy.
Radost dalej milczał.
- W sumie sorry, że ci mówię takie rzeczy.. Ale uznałem, że lepiej, jakbyś wiedział. Chcesz się podołować razem, napić czegoś? My z Maurusem chętnie do ciebie wpadniemy.
- Nie.. – wyjąkał dopiero po chwili Radost. – Nie, nie trzeba. Bywaj, Kuszęcie.
- No, siemano.
Umysł Radosta wypełniła pustka. Nie mógł uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszał. Rzucił telefonem w fotel. Fińskie urządzenie odbiło się od oparcia i spoczęło na siedzeniu, nie ponosząc najmniejszego nawet uszczerbku na stanie. Radost położył się na łóżku i zakrył twarz dłońmi. Jego umysł nie wiedział nawet, jak zareagować na takie wiadomości. Wciąż to do niego nie docierało. Gdy w końcu odsłonił oczy, ujrzał przed sobą pustkę zielonego sufitu. „Everything’s blue in this world” – pomyślał i zastanawiał się przez chwilę, czemu nie pomalował swojego pokoju na niebiesko. Przecież nie stanie się z dnia na dzień Dzierżykrajem tylko przez pomalowanie sobie pokoju na ten sam kolor, co on..
Myśli Radosta przeskakiwały w ten sposób z tematu na temat przez następne kilka godzin. W niektórych momentach czuł nawet swego rodzaju radość, związaną z tym, że nauczył się tej angelologii zeszłej nocy i nie wisi już nad nim niczym jakieś złowrogie widmo. To jednak były tylko momenty, a widma wisiały nad nim o wiele gorsze. W pewnej chwili Radost sięgnął po Zena i włączył swoje ulubione zdjęcie Gabrielle. To, które własnoręcznie zrobił i obrobił. Przy obrabianiu którego mógł poczuć namiastkę gładzenia jej po twarzy.
- Gabrielle.. – wyszeptał w stronę Zena, gładząc delikatnie zdjęcie przez ochronny plastik odtwarzacza.
To jednak tylko pogorszyło jego stan. Wiązało się z myślą, że właśnie w tej chwili prawdziwe oblicze Gabrielle może gładzić jakiś Power Ranger. Rozmyślania przerwało Radostowi otwarcie drzwi do jego pokoju.
- Ty chyba jeszcze nie jadłeś nawet śniadania, ale już jest obiad. Jaśnie pan dołączy do nas? – spytała ironicznie rodzicielka Radosta. Ten wyłączył szybko Zena, wstał z łóżka i niechętnie poszedł się nieco ogarnąć, by następnie dołączyć do rodziny podczas obiadu.
Piąte kuszenie
Po obiedzie Radost wrócił do swojego pokoju. Wspólny posiłek z rodzicami wcale mnie pomógł mu w odwróceniu myśli od wiadomości, jakie przekazał mu Kuszęt. Mimo że rodziciele próbowali kilka razy rozpocząć jakiś temat ze swoim synem, Radost odpowiadał im zdawkowo, gdyż wyczuwał, że głębsza rozmowa może się zakończyć tylko kłótnią.
Beżowo-kremowy fotel z radością powitał z powrotem go na swoim obiciu. Radost od razu włączył komputer i liczył, że w zatłoczonej cyberprzestrzeni uda mu się choć na chwilę zapomnieć. Standardowo przeklikał wszystkie serwisy informacyjne, lecz nie znalazł na nich niczego, co pomogłoby mu odwrócić uwagę od Gabrielle. Następnie uruchomił swój komunikator. Znów witały go dwa okienka. W pierwszym Dzierżykraj pytał, czy Radost przejdzie się z nim na warsztaty fotograficzne. Mimo że prowadził je jego fotograficzny idol, Jakub Konradowski, Radost odmówił z ciężkim sercem ze względu na egzamin. W drugim Maurus pytał:
- Wiesz już?
- Tak.
- Kuszęt dzwonił do ciebie?
- Tak.
- Sorry, men, naprawdę, przykro mi.
- Dzięki.
- Fuck. Głupio tak wyszło z nią, no.
- A ty się dobrze bawiłeś na tej imprezie? – spytał po dłuższej chwili Radost.
- Ja? Daj spokój. Kuszęt zaraz poszedł do jakiejś gotki, spędził w jej ramionach całą noc, a mnie zostawił samego. Po chamie.
- Gotki?
- No. Nie mówił ci? Wyglądali na szczęśliwych razem. Ani mnie nie przedstawił, ani nic. Zostawił samego w centrum tej dziwnej imprezy.
- Nic mi nie mówił.
- Poszedłem szybko stamtąd, bo mi się nudziło. On tam siedział do rana.
- Heh.
- Men, może chcesz, żebym wpadł jednak?
- Nie. Nie, nie musisz.
- Ale chcę. Może to by ci pomogło?
- Wątpię.
Radost już nie skupiał się na rozmowie. Odwrócił swój monitor do pozycji pionowej i włączył sobie swoje ulubione zdjęcie Gabrielle. To samo, co wcześniej na Zenie, lecz teraz w o wiele większym formacie. Przy takim ustawieniu dokładnie wypełniało cały monitor. Radost wpatrywał się w jej niebieskie oczy i myślał o wszystkim tym, co lada moment może bezpowrotnie utracić. Targały nim żal i wielkie wzburzenie, spowodowane bezradnością. Nie nauczył się angelologii tak, jak należało. Wiedział też, że nie poprawi już swojego stanu wiedzy tej nocy. Myśli o Gabrielle w naturalny sposób blokowały jego zdolności do skupienia się na czymkolwiek i udaremniały próby zdobycia jakiejkolwiek wiedzy, zanim je podjął. W tej chwili istniała tylko para tych błękitnych, głębokich oczu, wpatrujących się w niego z monitora. One i ten zniewalający uśmiech, za który tak wiele byłby w stanie poświęcić. Za który oddałby pewnie wszystko, lecz nie umiał o niego zawalczyć w jedyny sposób, jaki w tej chwili istniał: ucząc się do nadchodzącego wielkimi krokami egzaminu. Zresztą im głębiej zanurzał się w błękitną głębię wzroku Gabrielle, tym wyraźniej dostrzegał w niej inną twarz. Twarz mężczyzny, którym on nigdy nie będzie. Mężczyzny, który pewnie pod wieloma względami mu ustępuje (choć ma aparat z większym obiektywem i wspaniale maluje), ma jednak tę jedną, jedyną rzecz, na której Radostowi zależało i której mu zazdrościł. Gabrielle właśnie.
Śmierć
Radost obudził się o piątej nad ranem. Przez dłuższą chwilę zastanawiał się, co robił przez noc. Po głębszym wysileniu umysłu, przypomniał sobie, że przez większość czasu wpatrywał się w zdjęcia Gabrielle i słuchał smutnej muzyki, ale próbował również jeszcze pouczyć się do egzaminu. Spał może ze dwie godziny, lecz teraz czuł się względnie wyspany. Jego organizm był przyzwyczajony do małych i nieregularnych dawek snu.
Po chwili przeciągania się na łóżku, udało mu się wreszcie z niego zwlec. Swój dzień rozpoczął od sprawdzenia raz jeszcze kartki z zakresem materiału, który miał mieć wyuczony. Teoretycznie wszystko przerobił.. Ale na pewno mógł się tego wyuczyć rzetelniej.
Podczas gdy komputer dopiero się uruchamiał, Radost przejrzał stertę papierów na biurku. Znalazł wśród nich notatki, które pożyczył od Gabrielle jakiś czas temu, a zapomniał oddać. Postanowił, że zrobi to następnego dnia.
Gdy komputer w końcu się uruchomił, Radost uruchomił przeglądarkę i wszedł na swoje tajnego bloga. Prowadził go bardzo nieregularnie – pewnie dlatego, że robił to wyłącznie dla siebie i nikt nie miał dostępu do jego notek. Teraz napisał krótko o zbliżającym się egzaminie i o bólu, jaki czuł w związku z sytuacją z Gabrielle. Chociaż tak naprawdę nie miał głowy do dokładniejszego opisywania swoich uczuć – napisał po prostu suche fakty z ostatnich dni.
Tak się złożyło, że zaraz gdy skończył pisać notkę, akurat mrugnęła mu informacja o tym, że Maurus jest dostępny na Tlenie. Czym prędzej kliknął go.
- Nie śpisz już?
- Jakoś się tak obudziłem. – odpisał Maurus.
- Heh.
- Jak się czujesz?
- Chujowo. Jeszcze ten egzamin.. To już za chwilę.
- Oj, nie łam się, men. Będzie dobrze. Jak spałeś?
- Ze dwie godziny.
- No to wystarczy. Tobie na pewno wystarczy. Uczyłeś się coś trochę?
- Trochę. Bardziej wpatrywałem się w foty.
- Tak, ty i te twoje foty. I sobie pewnie monitor pyrgałeś.
- Tja.
- Dobra men, ja idę. Może mi się jeszcze uda pospać chwilę.
- Bywaj.
- Siemano.
Radost powłóczył się jeszcze po rozmaitych stronach internetowych i w ten sposób nagle zrobiła się siódma. Wyłączył komputer i poszedł się ogarnąć. Przebrał się w przygotowany na takie oficjalne, nieprzyjemne sytuacje garnitur i opuścił mieszkanie.
Gdy wyszedł przed klatkę, nie mógł uwierzyć swoim oczom. Kolejny raz spotkał w tym miejscu Sofko.
- Hej. – przywitała się dziewczyna.
- Witaj. – odpowiedział Radost.
- Masz dziś ten egzamin?
- Tak. Właśnie idę na autobus. A ty do szkoły?
- Tak. O, właśnie przyjechał mój transport.
Pod klatkę zajechało czarne Suzuki Swift. Jego drzwi otworzyły się i wyszedł z niego wysoki blondyn o sylwetce atlety. Sofko objęła go ramionami i pocałowała na przywitanie. Po chwili przedstawiła go Radostowi:
- Radost, to jest Bożydar. Kochanie, to jest Radost, ten znajomy z osiedla, o którym ci kiedyś mówiłam.
- Cześć. – blondyn wyciągnął dłoń do Radosta i zaraz mocno ją uścisnął. Nieco za mocno. – Jedziemy? – spytał chwilę potem.
- Tak. – przytaknęła Sofko i wsiadła do auta z promiennym uśmiechem. – Cześć, Radoście. Powodzenia na egzaminie!
- Bywaj. – odparł z obojętną miną Radost. Kilkadziesiąt sekund później stał już sam pod blokiem. Westchnął i udał się na pętlę autobusową.
W autobusie skupił się na ostatnich powtórkach materiału. Cały czas powtarzał sobie w myślach, że przecież to umie, że już to czytał i że ma opanowany cały materiał, ale sam sobie nie dowierzał. Zresztą, ileż już razy wcześniej był przekonany, że jest świetnie nauczony, a gdy przyszło co do czego, okazywało się coś zupełnie odwrotnego. Tym razem starał jednak przekonać siebie samego. Uwierzyć, że naprawdę umie.
Autobus dojechał do centrum. Tutaj Radost wysiadł i skierował swe kroki do metra. Przywalił portfelem w czujnik przy wejściu, by zarejestrował jego bilet, następnie zjechał po schodach ruchomych na peron. Metro akurat odjeżdżało. Radost pobiegł w jego stronę, ale już nie zdążył wsiąść. Zdołał tylko dojrzeć w ostatniej chwili przez szybę znajomą twarz wewnątrz wagonu. Była to twarz Gabrielle.
- Żegnaj, Gabrielle.. – wyszeptał za odjeżdżającym metrem.
Następnie oparł się o ścianę i czekał, aż nadjedzie następny pociąg. Wolał się odsunąć od torów – był teraz w wyjątkowo złym nastroju i kto wie, co mogłoby mu strzelić do głowy lub też jaki impuls mógł nim w niewłaściwej chwili pokierować.
Dalsza podróż minęła Radostowi bez niespodzianek. Przejechał się metrem, potem przesiadł do tramwaju, potem odbył pieszą wędrówkę przez las. Nawet wyjątkowo nikogo nie spotkał po drodze. Cały czas zastanawiał się, czy dziewczyna w metrze to na pewno była Gabrielle. W tamtym momencie był tego pewien, ale im więcej czasu mijało, tym więcej rodziło się w jego głowie wątpliwości. Ale przecież to było bardzo możliwe, że zapisała się na egzamin o podobnej co on godzinie.
W końcu wylądował w budynku uczelni. Poprawił garnitur i ruszył w kierunku sali, w której miał się odbyć egzamin. Stało już przy niej dwóch chłopaków – za to ani śladu Gabrielle. Może przyjechała wcześniej i poszła do bufetu?
- Witajcie. – przywitał się z kolegami Radost.
- Cześć.
- Elo.
- Jak tam?
- No jest stresik. – odparł jeden z kolegów. – Ty wchodzisz po nas?
- Po tobie. – odparł drugi kolega.
- Acha.
Postali tak jeszcze przez chwilę pod salą, próbując poruszyć jakieś rozluźniające tematy. Średnio się udawało. W pewnej chwili drzwi otworzyły się i z egzaminu wyszła dziewczyna. Była cała roztrzęsiona. Zanim któryś z chłopaków zdążył ją o cokolwiek zapytać, pokręciła przecząco głową i uciekła w stronę szatni. Jeden z kolegów Radosta wszedł do sali, drugi został razem z nim.
- Niedobrze. – skomentował Radost.
- No, niedobrze, niedobrze.. – rzucił kolega. – A twierdziła, że jest tak dobrze przygotowana.
- Bywa.
- A ty jak? Umiesz wszystko?
- Cośtam umiem. Zobaczymy.
- Wiesz, tak myślałem.. W sumie studiujemy to, co studiujemy. Może powinniśmy się pomodlić?
- Daj spokój. – odparł Radost. – O zdanie egzaminu?
- No.. To nie jest takie głupie. Spróbować nie zaszkodzi.
- No może i masz rację.. – Radost był gotów przyznać koledze rację: zaszkodzić, nie zaszkodzi.
Obaj więc zamknęli oczy i w sobie tylko znany sposób pomodlili się w duchu o powodzenie na egzaminie z angelologii. Wkrótce potem ich kolega opuścił salę egzaminacyjną.
Radost wiedział, że teraz jego kolej. Przez głowę przelatywały mu wszystkie myśli, jakie odwiedzały go przez ostatni weekend. Gabrielle. Kuszęt. Sofko. Maurus. Amalgunda. Gabrielle w ramionach innego. Przyszłość na tej uczelni. Przyszłość z Gabrielle. Egzamin. Nauka do egzaminu. Wyrzuty sumienia. Czy było warto? Czy to ma jakikolwiek sens? Wszystkie dziewczyny jego życia.
W końcu przekroczył próg sali.
Lipiec 2009
|