Wojownik
Człowiek mądry to taki, który zna się na gatunkach ryb.
Człowiek inteligentny to taki, który zna się na ich łowieniu.
Pojedynek
Płomień pomarańczy zalał cały las.
Ktoś na górze wyraźnie znęcał się nad tym mięsistym, oklejonym wełnistą skórą owocem i wyciskał każdą, najmniejszą kroplę na korony drzew, zabarwiając je tym samym pomarańczowym kolorem. A może była to tylko wyciskarka do owoców? To pytanie należałoby pewnie zadać filozofom, ci jednak byli zajęci śnieniem w głębszej części lasu.
Tymczasem w obszarze zalesionego terenu, który stanowić będzie obiekt naszego zainteresowania, słychać było odgłosy walki. Walki na śmierć i życie, pełnej determinacji i skupienia, gdyż każda sekunda, każda najmniejsza zmiana ustawienia mogła zadecydować o jej losach. Rozgrywała się ona na środku ścieżki, prowadzącej w głąb kniei, pomiędzy mężczyzną a kobietą – jak to w życiu. Mężczyzna to Wojownik, stały bywalec lasu. Dzierży w dłoniach miecz półtora ręczny i wymachuje nim nad głową kobiety. Kobieta to Agla, odwieczny przeciwnik mężczyzn. Burza czarnych włosów nie przeszkadza jej w wymachiwaniu mieczem równie zwinnym, co w wykonaniu Wojownika, aczkolwiek z pewnością zwiększa szanse na to, że w końcu straci którąś z cennych sekund. Co chwilę słychać szczęk stali. Iskry rodzą się pomiędzy mieczami, by za chwilę bezpowrotnie odejść do królestwa liści i letniego powietrza. Gdy już wydaje się, że zadany zostanie decydujący cios, druga strona w ostatniej chwili daje radę go sparować i pojedynek trwa dalej. A na tle tych wszystkich dźwięków, wciąż słychać obelgi dwojga przeciwników:
- Belles metres! – krzyczy swym nieprzyzwoicie francuskim głosem Agla i rzuca się z ciosem na Wojownika. Ten po chwili kontruje, wykrzykując:
- Perspektywa nomotetyczna!
I tak pojedynek płci trwa dając, a napięcie staje się coraz trudniejsze do zniesienia dla obu stron.
- Semiotyka!
- Ekfraza!
- Predykat!
- Desygnat!
Ciosy są coraz słabsze, lecz wciąż intensywne. W końcu Agla popełnia błąd (wszystko dzieje się w takim tempie, iż nie sposób stwierdzić, czy spowodowała go burza jej czarnych włosów). Wojownik wytrąca jej miecz. Dziewczyna upada na ziemię. Ostrze miecza Wojownika ląduje na szyi Agli. Widać, jak odbija się w nim pomarańczowy blask słońca. To koniec tej walki.
- Dystych elegijny złożony z heksametru daktylicznego i pentametru pięciostopowego. – wieńczy Wojownik.
Agla ciężko dyszy, lecz nagle unosi brew i perfidnie uśmiecha się do Wojownika. Ten z początku nie rozumie jej reakcji, lecz po chwili zauważa. Dziewczyna w ostatnim momencie sięgnęła po ukryty sztylet i podczas gdy Wojownik lekko schylony celuje mieczem w jej krtań, ona dyskretnie wymierza sztylet w jego krocze.
- Funkcja poetycka jako projekcja ekwiwalencji z osi wyboru na oś kombinacji. – mówi z satysfakcją Agla. Trwają tak w podwójnym macie jeszcze przez kilka sekund, aż w pewnym momencie z lasu niespodziewanie wyłania się postać wysokiego mnicha. Ma brązowy habit, przewiązany grubym sznurem. Podchodzi do dwojga walczących z założonymi rękoma, kryjąc swe dłonie w rękawach habitu, po czym oświadcza:
- Koniec walk na dziś.
Wojownik chowa miecz, Agla dostojnie wstaje z ziemi.
- Myślę, że prezentujecie już bardzo zbliżony, bardzo wysoki poziom. Nie wiem, czy jeszcze zdołam was czegoś nauczyć.
- Co masz na myśli, Mistrzu? – pyta zaniepokojona Agla.
- Aglo. – spojrzał jej prosto w oczy. – Osiągnęłaś już prawdopodobnie kres swoich możliwości. Więcej nie zdołasz się nauczyć, może jedynie dalej ćwiczyć, by twoja forma nie spadła.
Agla oparła się na mieczu i zrobiła grymas, jakby nie chciała przyjąć do wiadomości właśnie usłyszanych słów. Mnich zaś zwrócił się do Wojownika:
- Ty zaś, Wojowniku, powinieneś zastanowić się nad zmianą perspektywy. W sztuce władania mieczem osiągnąłeś równie wysoki poziom, co Agla, lecz jeszcze wiele szczytów zdobyć możesz w innych dziedzinach. Zastanów się nad tym. Poszukaj czegoś, co – być może – odmieni twoje życie. Jakiegoś nienazwanego bodźca, niejasnego celu, który zaprowadzi cię na nowe ścieżki. Postaraj się, Wojowniku.
- Ale co takiego, Mistrzu, mógłbym robić poza cięciem mieczem? Do tego zostałem stworzony. Nic innego nie potrafię.
- Poszukaj inspiracji. Pozwól, by życie zmieniło twą perspektywę.
Wojownik wyraźnie się zamyślił.
- Ja teraz muszę odejść.
I odszedł. A walcząca jeszcze przed chwilą para została sama na środku leśnej ścieżki.
- I co teraz powinniśmy zrobić? – wyrwał się w końcu z zamyślenia Wojownik.
- Czemu to mnie pytasz? Ty jesteś facetem. Ty powinieneś decydować o takich rzeczach. To ty „jeszcze wiele szczytów zdobyć możesz w innych dziedzinach”. Ja jestem skończona, słyszałeś.
- Przecież powiedział, że możesz dalej z nim trenować.
- Sranie w banie. Przywiązał się do widoku mojego dekoltu i dlatego nie chce mnie puścić. Zresztą dobrze wie, że nie miałabym gdzie iść.
- Władasz mieczem równie dobrze jak ja. Bez problemu znalazłabyś zatrudnienie.
- Nie, nie, mój drogi. Władam mieczem nawet lepiej od ciebie. – z satysfakcją wywyższała się Agla. – Z tymże jestem kobietą. Jestem skończona.
- Nie chcę cię opuszczać..
- Błagam, nie zaczynaj tego znowu! – wybuchła Agla. – Zaraz pożałuję, że tak szybo skończyliśmy trening.
- Dlaczego ty zawsze..
- DOŚĆ! – Agla wyciągnęła sztylet zza pasa i wymierzyła w stronę Wojownika. – Nie zamierzam cię więcej słuchać. Niczego już nie zamierzam! – wykrzyknęła Agla i z rozwianą burzą czarnych włosów, uciekła w głąb lasu.
Wojownik został sam na środku leśnej ścieżki. Nawet nie próbował pobiec za Aglą. Przysiadł na kamieniu i czekał. Po pewnym czasie poczuł na czole kroplę. Zmazał ją palcem i przyjrzał się uważniej: była to pomarańczowa, kleista substancja. Po chwili poczuł na twarzy kolejną. Spojrzał w górę. Najwyraźniej niebo w całości nasyciło się już wyciskanym przez niewidzialną rękę (lub wyciskarkę do soku – tego w dalszym ciągu nie udało się nam ustalić) pomarańczowym sokiem i rozpoczęło pozbywanie się jego nadmiaru, poprzez wyrzucanie go pod postacią pomarańczowego deszczu na ziemię.
Deszcz szybko przerodził się w ulewę. Strugi pomarańczowej substancji z początku nie pozwoliły dostrzec Wojownikowi pomarańczowowłosej dziewczyny, która kryła się między drzewami. Zauważył ją dopiero, gdy promiennie uśmiechnęła się w jego stronę. Było w niej coś, czego Wojownik jeszcze nigdy nie widział w żadnej kobiecie (Agla tego nie miała). Przetarł oczy, by pozbyć się z twarzy pomarańczowej substancji i utwierdzić w przekonaniu, że dziewczyna faktycznie tam stoi. Stała tam. I dalej się do niego uśmiechała.
- Hej! – zawołał w jej stronę Wojownik i wstał z kamienia.
Wtedy dziewczyna uśmiechnęła się jeszcze szerzej i zaczęła biec między drzewa. Wojownik nie chciał opuszczać leśnej ścieżki, lecz nie widząc innego wyjścia, pobiegł za pomarańczowowłosą.
Starał się za wszelką cenę nie zgubić jej oddalającej się postaci pośród gęstych drzew i wciąż padających kropel pomarańczowego deszczu. Ususzone liście, niedawno opadłe z drzew, skrzypiały mu pod stopami. Dziewczyna zdawała się biec coraz szybciej, musiał więc coraz uważniej wpatrywać się przed siebie, lecz wzrok zdawał się nie nadążać za jego nogami. Przez chwilę wydawało mu się, że słyszy jak go woła po imieniu. Ale przecież tak nie mogło być.
W końcu dobiegł na małą polanę, ukrytą w głębi kniei. Przed chwilą jeszcze mógłby przysiąc, że widział jak dziewczyna się na niej zatrzymuje. Ale nie było jej.
Rozejrzał się uważnie. Pomarańczowy deszcz jakby nieco się zmniejszył. Jego uciekinierki nie było nigdzie w polu wiedzenia. „Wojowniku!” – wydało mu się znów, że słyszy za plecami, lecz gdy odwrócił się, nikogo nie było. Postanowił jednak zaryzykować i pobiec w tę stronę.
Drzew robiło się wokół coraz mniej. Deszcz powoli przestawał padać. Na horyzoncie dało się zauważyć kolejną ścieżkę. A może to była ta sama?
Wojownik nie miał już siły biec. Przystanął na środku ścieżki, schylił się by złapać kolana i sapiąc niemiłosiernie, próbował złapać oddech. Wtem dostrzegł, iż na wprost, kawałek drogi dalej, widać koniec lasu. Może dziewczyna opuściła knieję? Ostatkiem sił pobiegł w stronę majaczącej w oddali ulicy.
Wstęp do Turcji
Atos stał na szczycie schodów, przy wejściu na swoją uczelnię. Palił papierosa. Dym unosił się nieprzerwanie wokół jego ust. Wokół niego wciąż przechodzili bezimienni studenci, opuszczający właśnie swą placówkę edukacyjną. Jednym z tych studentów był Portos. Podszedł do Atosa, podał mu rękę i spytał:
- A Aramis gdzie?
- Posłał esa, że się spóźni. Wykład mu się przedłuża czy coś takiego.
- Acha. – kiwnął głową Portos. – A ty co tak?
- Ano tak sobie. Chcesz szluga?
- No jaha.
Atos wyciągnął ze swojego czarnego płaszcza paczkę papierosów i wycelował nią w Portosa. Ten wyciągnął jednego papierosa, skorzystał z oferty drugiej ręki przyjaciela, tj. zapalniczki, i sam zaciągnął się dymem.
- No i co tam?
- Tak sobie myślę.. Może by pierdolić te całe studia?
Portos uniósł brwi i wydmuchał dym ku górze.
- No i co dalej? Zostać ninja?
- Nie, ale.. Na przykład założyć własny zespół. To by było fajne..
- I co byś chciał grać? – drążył temat Portos.
- Coś niekomercyjnego.. ale z drugiej strony, żeby dało się z tego wyżyć. Wiesz, w jakąś trasę pojechać po kraju fajnie by było..
- Niekomercyjne, ale żeby dało się wyżyć z tego.. Nie, człowieku, pierdolisz. – pokręcił głową Portos.
- Racja. – przyznał gorzko Atos.
Teraz stali obaj na szczycie schodów, przy wejściu na swoją uczelnię, i palili w milczeniu swoje papierosy. Portos wypalił pierwszy, rzucił peta na ziemię, przydepnął i spojrzał w stronę drzwi. Tam dostrzegł znajomą twarz.
- Idzie Aramis.
Faktycznie, przez drzwi przeszedł właśnie kolejny student. Podał rękę Atosowi i Portosowi, dodając do tego słowo „siemano”.
- To jak, idziemy? – spytał.
- Czekaj, dopalę. – odparł Atos.
- Dobra.
Teraz stali trzej.
- Dasz zapalić? – spytał w końcu Aramis.
Atos podał mu zapalniczkę i paczkę papierosów. Aramis zapalił.
- O czym rozmawialiście?
- Atos mówił, że chce pierdolić studia i założyć zespół.
Aramis zaciągnął się, po czym odparł:
- W sumie niegłupi pomysł.. Ty Atos grasz na gitarze, nie?
- No coś tam w liceum się grywało. – odpowiedział, rzucając peta na ziemię. – Idziemy?
- Czekaj, teraz ja dopalę. – odparł Aramis. – Ty z kolei, Portos, tak w kółko wystukujesz na wszystkim.. Może na perkusję byś się nadał?
- Gary? Człowieku, w życiu na oczy nie widziałem. Nie mam pojęcia o graniu muzyki. – rzekł zdziwiony Portos.
- Wyczucie rytmu zdajesz się mieć niezłe. – pochwalił kolegę Atos.
- No, a to najważniejsze. Trochę potrenujesz, poduczysz się i będzie z ciebie perkusista. – słowa Aramisa niknęły błyskawicznie w wydychanym przez niego dymie.
- Nawet jeśli, to kto śpiewał będzie? Ty, Aramis?
Chłopak roześmiał się.
- Weź przestań, ja nie mam głosu zupełnie. Ja bym na bas poszedł.
- No to kto?
- Możemy grać post rocka. Nie będzie wokal potrzebny. – odparł Atos.
- Nie no, czekaj. Jak mamy grać trasy i sprzedać cokolwiek, to post rock nie wchodzi w grę. – zgasił kolegę Portos.
- Idziemy w komerchę? – zaniepokoił się Aramis.
- Nie, w komerchę nie.. – wytłumaczył Atos. – Ale jednak coś, co miałoby szanse na zaistnienie na rynku. Chyba faktycznie wokalista by się nam przydał..
- No to popytamy na uczelni. W każdym razie idea z zespołem nie jest zła. – skończył Aramis i wyrzucił papierosa do kosza. – Idziemy?
- Idziemy. – odpowiedzieli zgodnie Atos i Portos.
Trzech przyjaciół zaczęło oddalać się od swojej uczelni.
Tramwaj
Pierwszy tramwaj pojawił się w pierwszej połowie XIX wieku w Nowym Jorku. Był efektem inspiracji popularnymi kolejami konnymi, których używało się w przemyśle. Wynalazek od razu zyskał rzesze zwolenników, a także inwestorów, zainteresowanych jego dalszym rozwojem, a przy tym możliwością dobrego zarobku. W ten sposób tramwaje rozpowszechniły się w Europie, a już w połowie XIX wieku we Francji działał pierwszy tramwaj parowy.
Polska nie była nawet pod tym względem specjalnie zacofana, gdyż pierwszy tramwaj na ziemiach piastowskich uruchomiono już w 1866 roku w Warszawie, głównie w celu połączenia dworców kolejowych. Przez kolejne lata pojawiały się następne linie w całej Polsce: w Gdańsku, we Wrocławiu, Szczecinie, Poznaniu czy Krakowie. Ostatnim miastem, który otworzył sieć tramwajów konnych, był Kostrzyn nad Odrą – dokonał tego w 1903 roku.
Jeśli idzie o tramwaje elektryczne, polskim pionierem w tej dziedzinie był Wrocław. Pierwszy taki cud techniki wyjechał na tory w 1893 roku, a już rok później pojawił się we Lwowie, gdzie został uruchomiony z okazji Powszechnej Wystawy Krajowej jako pierwszy tramwaj elektryczny w monarchii austrowęgierskiej. Do końca XIX wieku elektryczne tramwaje pojawiły się jeszcze w Bielsku, Elblągu, Bydgoszczy, Gdańsku, Grudziądzu, Szczecinie, Zgorzelcu, na Górnym Śląsku, w Legnicy, Łodzi (pierwszy tramwaj elektryczny w Królestwie Polskim), Poznaniu, Słubicach, Wałbrzychu, Gorzowie oraz Toruniu. Dodatkowo w XX wiek tramwajem elektrycznym wjechał Kraków, uruchamiając swoją linię w 1901 roku.
Konurbacja miast górnośląskich może pochwalić się najrozleglejszą siecią tramwajową. Już w 1894 roku spółka Oberschlesische Dampfstrassenbahnen stworzyła tam pierwotną sieć tramwajową o trakcji parowej i unikalnej szerokości toru, wynoszącej 785 mm. Sieć ta łączyła Piekary Śląskie z Bytomiem oraz Bytom przez Chorzów, Świętochłowice-Lipiny, Rudę i Zabrze z Gliwicami. Dwa lata później w sieć włączono Katowice oraz Siemianowice Śląskie. W trakcie dwudziestolecia międzywojennego zaczęła się unifikacja i łączenie sieci tramwajowych, w wyniku której tory wąskie przekuwano na normalne. Linia 12, Chorzów – Siemianowice Śląskie, była ostatnią linią o torach 785 mm – przebudowano ją dopiero w 1952 roku.
W kolejnych latach w Polsce pojawiały się kolejne linie tramwajów elektrycznych, m.in. w Gubinie, Warszawie, Olsztynie i Słupsku. W 1913 roku tory krakowskiej linii przekuto z 900 mm na 1435 mm, a warszawskiej - w 1946 roku z 1525 mm na 1435.
W 1911 roku uruchomiono linię tramwajową w Tarnowie, Koszalinie oraz Cieszynie. Ta ostatnia została zlikwidowana 10 lat później, po podziale miasta między Polskę a Czechosłowację.
Rok po Tarnowie i Koszalinie, do miast cieszących się tramwajami dołączył Inowrocław, a w 1925 roku: Kostrzyn nad Odrą oraz Zagłębie Dąbrowskie. Warto wspomnieć, że w granicach Polski znalazła się także na krótko po aneksji Zaolzia sieć tramwajowa o szerokości toru 760 mm obsługująca Zagłębie Ostrawsko-Karwińskie. W 1946 roku tramwaje dotarły z Gdańska do Sopotu.
Najnowsza sieć tramwajowa znajduje się w Częstochowie – otwarto ją w 1959 roku.
Po II wojnie światowej nastąpił ciężki okres dla tramwajów. Linie co prawda były rozbudowywane i modernizowane, lecz polityka PZPR-u zakładała pozostawienie komunikacji tramwajowej jedynie w większych miastach, przez co zniknęły one zupełnie z takich miast jak Słupsk, Inowrocław, Olsztyn, Wałbrzych, Legnica czy Bielsko-Biała. W Gdańsku, Gorzowie Wielkopolskim, Łodzi, Warszawie i Toruniu znacznie zredukowano sieć tramwajową.
Od 1907 roku w Olsztynie funkcjonowały dwie linie tramwajowe. Walki Armii Czerwonej z niemieckimi obrońcami Olsztyna doprowadziły do zniszczenia trakcji i wagonów. Na szczęście w 1945 przyszli im na pomoc pierwsi olsztyńscy osadnicy, którzy zajęli się ich odbudową. Szczególną rolę odegrał tu inż. Władysław Karbownik, który naprawił podstację tramwajową, opracował metody wieszania sieci trakcyjnej, oraz przez trzy doby naprawiał poniemiecki wagon tramwajowy. Przez następne dwadzieścia lat nie inwestowano w rozwój olsztyńskiej sieci tramwajowej. Poza tym często dochodziło do wypadków, spowodowanych dużymi różnicami wysokości na terenie miasta, co ostatecznie doprowadziło do likwidacji linii. Wagony tramwajowe trafiły do Elbląga.
Przed II wojną światową Koszalin mógł pochwalić się systemem, łączącym w sobie cechy tramwaju i kolejki podmiejskiej, którym można było dojechać do Mielna. Zlikwidowano go jeszcze w 1939 roku, wagony przenosząc na Górny Śląsk. Z przyczyn militarnych w 1942 roku zlikwidowano również tramwaje Tarnowie.
Podział miast na część polską i niemiecką, który nastąpił po II wojnie światowej, mocno skomplikował sytuację tramwajową w czterech miastach: Słubicach (Frankfurcie nad Odrą), Kostrzynie nad Odrą (Küstrin-Kietz), Gubinie (Guben) oraz Zgorzelcu (Görlitz). W Gubinie trasę tramwajową zlikwidowano jeszcze trzy lata przed wojną – w pozostałych miejscach wszystkie linie po polskiej części podzielonych miast uległy likwidacji w 1945 roku. W Görlitz i Frankfurcie nad Odrą, po niemieckiej stronie, w dalszym ciągu funkcjonuje sieć tramwajowa.
Inicjatywa obywatelska mieszkańców Elbląga, Gorzowa Wielkopolskiego, Grudziądza i Torunia zasługuje na szczególną pochwałę, albowiem tylko dzięki niej pozostawiono w tych miastach linie tramwajowe. Wszystkie one były przeznaczone do likwidacji, ze względu na ówczesne warunki ekonomiczne, które zakładały głównie rozwój motoryzacji – czyli zastępowanie tramwajów bardziej nowoczesnymi – według ówczesnych władz – autobusami.
Wraz z początkiem lat osiemdziesiątych rozpoczął się swego rodzaju tramwajowy renesans. Świat zauważył, iż jest to środek transportu wydajniejszy, tańszy w eksploatacji, a także lepszy dla środowiska od autobusu. Po wprowadzeniu modeli niskopodłogowych, przewaga metra i szybkiej kolei miejskiej nad tramwajem znacznie zmalała. W ciągu dwudziestu lat powstało na świecie 60 nowych sieci tramwajowych.
Renesans ten jednak w umiarkowanym stopniu dotknął Polskę. W 2003 roku zlikwidowano we Wrocławiu linie nocne i zastąpiono je autobusami. Kraków spotkał podobny los, ale jeszcze w 1986 roku. Obecnie nocne tramwaje kursują jedynie w Poznaniu, Toruniu i Górnośląskim Okręgu Przemysłowym. Między obrzeżami Łodzi a Pabianicami funkcjonuje też nocny kurs linii „P”.
Kraków i Poznań w latach dziewięćdziesiątych przeszły kompleksową modernizację sieci i taboru tramwajowego. Zainwestowano również w nowe linie. W 1994 roku podjęto decyzję, iż tramwaje będą podstawowym środkiem komunikacji w Poznaniu. W związku z tym dokonano rozbudowy sieci o nowe linie, większość linii autobusowych pełni funkcję dowiezienia pasażerów do tramwaju, zaś podczas wymiany sygnalizacji świetlnej pierwszeństwa udziela się tramwajom.
Modernizacje linii tramwajowych przeprowadzane są również systematycznie w Warszawie i Gdańsku. Ewenementem jest Elbląg, który przy zaledwie 130 tysiącach mieszkańców, dynamicznie rozbudowuje swoją sieć i unowocześnia tabor – w 2006 roku na rozbudowę sieci wydano w tym mieście ponad 56 milionów złotych. We Wrocławiu głównie inwestuje się w nowe modele tramwajów, m.in. Škoda 16 T, Protram 204 WrAs, Protram 205 WrAs. Poza tym prowadzone są intensywne prace nad rozbudową sieci tramwajowej i budową linii Tramwaju Plus – dwukierunkowego składu poruszającego się po wydzielonym torowisku oraz mającego pierwszeństwo przejazdu na wszystkich skrzyżowaniach. Także Łódź po latach zastoju systematycznie modernizuje swoje torowiska i unowocześnia tabor tramwajowy.
Wojownik nie był jednak zapewne świadom choćby najmniejszego ułamka tej tramwajowej historii, gdy czekał na przystanku nieopodal swojego lasu. W ogóle nie miał wielkiego doświadczenia w korzystaniu z tramwajów czy jakiegokolwiek innego środka komunikacji miejskiej. Przechadzał się wzdłuż torów i wypatrywał w oddali dwóch dających nadzieję światełek. W końcu pojawiły się, a potem już szybko zaczęły się przybliżać.
Tramwaj stanął na przystanku i zaprosił pasażerów do środka, kokieteryjnie otwierając wszystkie ze swoich drzwi. Wojownik zdecydował się zasilić swoim jestestwem drugi wagon. Poza nim znajdowały się w nim tylko cztery osoby. Usiadł na obitym ciemnobrązową skórą fotelu, tramwaj zaś ruszył za chwilę w dalszą trasę.
Las przesuwał się w oknie pojazdu, by z czasem ustąpić miejsca ulicom i budynkom. Cywilizacja nachalnie wkraczała w zasięg wzroku Wojownika. Wewnątrz wagonu przybywało też ludzi – teraz już wszystkie miejsca siedzące były zajęte. Wojownik, znudzony widokiem zza okna, spojrzał przed siebie. Szyba na początku wagonu stykała się z szybą drugiego, przez co można było dostrzec jego wnętrze. I tam właśnie, w przednim wagonie, Wojownik znów ujrzał ją, rudowłosą dziewczynę o zniewalającym uśmiechu. Uśmiechu skierowanym prosto w jego stronę.
Natychmiast wstał, odepchnął starsze kobiety, które stanęły mu na drodze i podbiegł na sam początek wagonu. Rudowłosa dziewczyna dotknęła dłonią szyby i zamknęła oczy. Wojownik odwrócił się w stronę drzwi i zaczął wypatrywać najbliższego przystanku, choć miał dylemat czy spuszczać z oka rudowłosą. W końcu tramwaj osiągnął upragniony cel i zatrzymał się.
Wojownik błyskawicznie wyskoczył z pojazdu, potrącając przy tym jakiegoś starszego mężczyznę i narażając się na niemiłe uwagi, po czym wskoczył do pierwszego wagonu. Przyjrzał się wszystkim ludziom z tyłu, ale dla pewności pobiegł też na początek, uważnie przypatrując się przy tym wszystkim siedzącym pasażerom. Niestety, rudowłosej nie było wśród nich.
Wojownik oparł się o poręcz i zaczął zastanawiać się, co mogło stać się z dziewczyną. Przecież nie zdążyłaby wysiąść, zauważyłby to, wybiegając z poprzedniego wagonu. Nie rozpłynęła się też przecież w powietrzu. Gdy tak stał i rozmyślał, tramwaj zatrzymał się na przystanku przy stacji metra. Wojownik spontanicznie zdecydował się tutaj wysiąść, wyskakując z tramwaju na moment przed zamknięciem drzwi.
Metro
Niebieskie pasy białymi literami spowite
Mężczyzna kryje się za kolumną z zenitem
Stalowe ławki oziębiają siedzącym dłonie
Dookoła mrok – witamy na metra peronie
Zwykły bilet albo i karta miejska
Niezbędne są, by wejść w te miejsca
Jedno tylko stuknięcie w czarne pole
By rozległ się gwizd i światło zielone
Kręci się w kółko pręt ten stalowy
Przepuszczając wciąż ludzi nowych
Schody w dół zdają się nie mieć końca
Stojąc na ich szczycie pożegnaj słońca
Lecz w końcu zdecyduj się zejść w dół
Zasilając od wieków snujący się tłum
Miast wchodzić na górę z ofiarą dla boga
Kieruj się pod ziemię bez wstydu na nogach
Studenci i uczeni, bezdomni i bogaci
Księża, zakonnice, złodzieje, adwokaci
Nieskończenie skupiony, ale i byle trzpiot
Jedynie panią z psem – prosimy: w tył zwrot
Niepełnosprawni nie mają tutaj problemu
Wsiadają do windy i są na dole samemu
Jedynie niewidomi mogą się nieco lękać
Lecz im też ochrony metra pomoże ręka
Czekając na metro czas ci będzie umilać
Billboard z reklamą filmu albo mobila
Ekrany wyświetlą newsy najświeższe
Plotki, pogodę – czego chcieć jeszcze?
A ileż to znajomości zawiązać można
Ile rozmów poprowadzić, ilu ludzi poznać
Stojąc te kilka minut w oczekiwaniu
Wystarczająco długo by ulec opętaniu
Bo tyle wspaniałych kobiet dokoła
O figurze modelki i twarzy anioła
Tylko czekają, tak zresztą jak ty
Nie tylko na metro, lecz i dalsze zmiany
Cóż to by była za wymarzona chwila
Poznać kobietę i czekanie nią umilać
A potem oddać się romantycznej sytuacji
Z taką nieznajomą w publicznej ubikacji
Poczuć jak ziemia trzęsie się pod nogami
Będąc we dwoje zaborczymi wężami
I zakończyć sprawę w najsłodszym stylu
Wraz z kolejnym metrem w podziemnym azylu
Lecz póki co Wojownik stoi samotnie
Aż tu nagle zadzwoni, nagle łomotnie
Spiker przerywa czekanie głosząc
„Uwaga, uwaga – nadjeżdża pociąg”
Następuje ta magiczna chwila
Wypatrywana przez lat chyba miliard
Lud wstaje z ławek, przerywa konflikty
By złożyć przed metrem nogi do modlitwy
Wymodlony i oczekiwany przez tak wielu
Błogosławiony pojazd wyjeżdża z tunelu
Sunie po torów metalowych widmach
Jak impuls nerwowy, jak anioł na skrzydłach
Tłumy już zajmują najlepsze miejsca
By obserwować moment Jego nadejścia
Metro zatrzymuje się w końcu na peronie
Modlitwy ostatni raz odmówione
Otwiera swe wrota, wypuszcza wybrańców
Kolejni zaś już gotują się do tańców
Do wyścigów i walk na śmierć i życie
O wejście do metra, o w nim dalsze bycie
W grze tej nie obowiązują żadne zasady
Brak kultury osobistej, na nic układy
Kto pierwszy ten lepszy, to prawo dżungli
Byle tylko do środka, by nie dać się skundlić
Kobieta pada martwa, przeszyta wzrokiem
Krew jej spływa powoli pod metra czujnym okiem
Ciało natychmiastowemu ulega rozkładowi
Tylko tak zaprzestanie torowania drogi
Dziecko na kopach wylatuje do góry
Gubi smoczek, upada w tortury
Ginie pod stóp pasażerów mordęgą
Kolejny byt przegrał z metra potęgą
W końcu udaje się dopchać do środka
Egzystencja wewnątrz tak miła i słodka
Pasażerowie się kochają, to już nie rywale
Metro zamyka wrota – jedziemy dalej
Turcja
Wojownik opuszcza metro i wychodzi na górę. Już na ulicy, kieruje się w stronę pawilonu, nad którym widnieje wielki czerwony napis KEBAB. Wewnątrz trzech Turków zajmuje się przygotowaniem potraw, młoda blondynka zbiera zamówienia, a w kącie przy stoliku siedzi trzech chłopaków i żywo o czymś dyskutuje.
PORTOS:
Zawsze możemy zrobić jakiś casting na uczelni. Wywiesimy ogłoszenia na tablicach.. Przesłuchałoby się ludzi.. Wiecie, jak w idolu.
ATOS:
Nie, nie podoba mi się ten pomysł.
ARAMIS:
Ja też wolałbym kogoś bardziej sprawdzonego, niż taką łapankę robić.. No ale trzeba będzie pomyśleć. Dobrze by było wyrobić się już z jakimś materiałem na juwenalia. Wtedy moglibyśmy się wkręcić już na koncert.
PORTOS:
Coś ty, w życiu się nie uda tak szybko.
ATOS:
Więcej wiary..
PORTOS:
Znalazł się optymista.
ARAMIS:
Lepiej, jakby się wokalista znalazł..
BLONDYNKA:
Słucham?
WOJOWNIK:
Dzień dobry. Proszę kebab z barana na cienkim.
BLONDYNKA:
Jaki sos?
WOJOWNIK:
Łagodny.
Blondynka zapisuje na kartce.
BLONDYNKA:
9 złotych.
Wojownik podaje monety.
BLONDYNKA:
Dziękuję.
ARAMIS:
Ej, a widzieliście tego?
PORTOS:
Którego?
ARAMIS:
Tego, co zamówił właśnie kebab.
ATOS:
Co z nim?
ARAMIS:
Chcę go mieć w zespole.
ATOS:
Jak to?
PORTOS:
Jaja se robisz? Przecież nawet nie słyszałeś jego głosu.
ARAMIS:
Założę się, że dałby sobie świetnie radę. A ja widzę go jako wymarzonego frontmana.
PORTOS:
Ej, ty! Możesz podejść do nas?
WOJOWNIK:
Jakiś problem?
ARAMIS:
Nie, przyjacielu.. Pozwól, że się przedstawię. Jestem Aramis, a to moi przyjaciele: Atos i Portos. Zechcesz się do nas przysiąść?
WOJOWNIK:
Czekam na mój kebab.
ARAMIS:
Zatem wstaniesz po niego, jak tylko cię wywołają.
Wojownik siada niepewnie do stolika.
WOJOWNIK:
No dobrze, zatem czego ode mnie chcecie?
ATOS:
Powiedz.. Masz może jakieś doświadczenia z muzyką?
WOJOWNIK:
W jakim sensie?
ARAMIS:
Nie wiem, może grałeś w jakimś zespole albo.. może śpiewasz?
WOJOWNIK:
Nie bardzo rozumiem.. Nie, nie grałem nigdy nigdzie, ani nie śpiewałem..
PORTOS:
No mówiłem, kurde.
ATOS:
Jak ci na imię, jeśli wolno spytać?
WOJOWNIK:
Zwą mnie Wojownikiem.
TUREK 1:
Baranina na cienkim.
Wojownik wstaje i odbiera swój kebab, po czym siada z powrotem.
ARAMIS:
Smacznego.
WOJOWNIK:
Dzięki.
ATOS:
No dobrze, pewnie cię już cała ta sytuacja irytuje.. Widzisz, wpadliśmy dzisiaj z moimi przyjaciółmi na pomysł, żeby zmienić coś w swoim życiu. W zasadzie.. żeby całkowicie je odmienić. Pewnie pomyślisz, że oszaleliśmy.
ARAMIS:
Widzisz, Wojowniku.. Wierzysz w przeczucia?
WOJOWNIK:
Czy ja wiem..
ARAMIS:
Jak tylko wszedłeś do tego lokalu, miałem przeczucie, że.. Jesteś tym, kogo właśnie poszukujemy. Bo widzisz, chcemy założyć zespół. Nie jakąś studencką, amatorską kapelę – chcemy założyć zespół, który odmieni całe oblicze muzyki. Coś, czego jeszcze na świecie nie było, a już na pewno nie w tym kraju. I chcemy, żebyś został naszym wokalistą i frontmanem.
WOJOWNIK:
Ja? Hej, naprawdę oszaleliście.
PORTOS:
No. Przecież ten koleś mówił. Nic nie grał, nie śpiewał. Po co nam taki on?
ARAMIS:
Portosie, z całym szacunkiem.. Zamknij się.
ATOS:
Ja popieram Aramisa. W tym Wojowniku faktycznie coś drzemie. On mógłby się sprawdzić w naszym zespole.
WOJOWNIK:
Hej, ale ja naprawdę nie mam pojęcia o muzyce!
ARAMIS:
Słuchaj, śpiewać możesz się nauczyć, to żaden problem. My potrzebujemy kogoś.. Rozumiesz, osobowości. Ty jesteś taką osobowością. Przykuwasz uwagę. Od razu przykułeś moją, gdy wszedłeś do tego lokalu. Czemu więc miałbyś nie zwrócić uwagi innych ludzi, naszych potencjalnych słuchaczy?
ATOS:
Drzemie w tobie jakaś.. moc.
WOJOWNIK:
Nie wiem, to jest strasznie dziwne wszystko.. Przecież ja was w ogóle nie znam!
ARAMIS:
Rozumiemy. Dlatego nie musisz nic teraz mówić. Poznajmy się lepiej, spędź z nami trochę czasu. Przemyślisz wszystko, zobaczysz.. Sprawdzimy twoje umiejętności. Ja chcę cię mieć w zespole.
WOJOWNIK:
Sam nie wiem..
ATOS:
Spróbuj. Masz szanse odmienić z nami swoje życie..
WOJOWNIK:
W zasadzie tego mi teraz potrzeba.. No dobrze, spróbuję.
ARAMIS:
Nawet nie wiesz, jak się cieszę.
ATOS:
Podjąłeś słuszną decyzję.
PORTOS:
Ej, a.. Jak się będziemy nazywać?
WOJOWNIK:
Wskazując kolejno palcem swoich towarzyszy
Atos, Portos, Aramis.. Wojownik i Trzej Muszkieterowie.
Panowie uścisnęli sobie dłonie, roześmiali się i rozpoczęli wielką przygodę, która miała odmienić ich życia..
Koncert
Grupa Wojownik i Trzej Muszkieterowie przebojem wdarła się na polski rynek muzyczny. Gdy wydawało się już, że nic nie jest w stanie nas na nim zaskoczyć, że w pełni zdominowały go plastikowe pseudogwiazdki pokroju Dody, Feela czy Gosi Andrzejewicz, warszawski kwartet nagrał płytę nieszablonową, nowatorską i przy tym potwornie przebojową – o czym niech świadczy fakt, że z albumu wykrojono pięć singli, z których każdy odniósł wielki sukces na listach przebojów w całym kraju. Okazało się nagle, że jest jednak w naszym kraju rzesza ludzi, spragniona ambitniejszej muzyki. Ukoronowaniem sukcesu Wojownika i Trzech Muszkieterów jest trasa koncertowa po całej Europie, na którą zespół wyrusza zaraz po trzech, kompletnie wyprzedanych koncertach w warszawskiej Stodole.
Cóż, zespół pewnie mógłby grać i cały tydzień, a i tak bilety na wszystkie występy rozeszłyby się błyskawicznie. Przed koncertem Stodoła oblegana była przez tłumy, jakich jeszcze chyba w tym miejscu nie widziałem. Masa ludzi przyszła tylko po to, by posłuchać koncertu z zewnątrz – wiedzieli bowiem, że nie mają już szans na zdobycie biletu. Początkowo te trzy występy miały być supportowane przez pewną folk rockowo-reggae’ową grupę z Piły, lecz jej lider w ostatnim momencie wycofał się z przedsięwzięcia. Czyżby obawiał się, że występ jego zespołu zostanie całkowicie przyćmiony przez gwiazdę wieczoru?
Godzina 19. Wreszcie udaje się wejść do klubu. Nie mam pojęcia, jak mają wewnątrz zmieścić się ci wszyscy ludzie, których przed chwilą jeszcze obserwowałem na ulicy – nawet jak odejmie się od nich tych, którzy nie posiadają biletów. Dookoła można zauważyć przedstawicieli wszystkich grup wiekowych: od napalonych trzynastek, przez studentów i młodych intelektualistów (tych jest najwięcej), po czterdziesto- i więcej latków. Ci ostatni wyjątkowo chętnie noszą koszulki zespołu z reprodukcją charakterystycznej okładki debiutanckiej płyty. Można je kupić na miejscu, podobnie jak samą płytę oraz single Wojownika. Punkt dwudziesta, wrota na główną salę otwierają się i tłum szturmuje pod scenę.
Tylko przypadek i odrobina szczęścia sprawiły, że udało mi się dostać do jednego z pierwszych rzędów. Publika wyjątkowo silnie trzyma się swoich pozycji i naprawdę ciężko dopchać się gdzieś bliżej barierek. Chociaż i tak wszyscy wiedzą, że gdy tylko zacznie grać muzyka, rozpęta się wszechobecne pogo, podczas którego nikt już nie będzie w stanie zachować swojego miejsca. Na razie panuje względny spokój – cisza przed burzą. Na scenie widać ostatnie przygotowania technicznych. Ustawiają jeszcze nagłośnienie, robią ostatnie jego testy, co jakiś czas zapalają się też lampy z ogromnego rusztowania ustawionego wzdłuż całej sceny. 20:30 – publiczność zaczyna się powoli niecierpliwić. Wszyscy zaczynają skandować „WO-JOW-NIK! WO-JOW-NIK!”. Za dziesięć dziewiąta ich krzyki przynoszą rezultat. Scena zostaje w pełni zadymiona, ciemność przerywa delikatne, purpurowe światło z góry, a z głośników zaczyna sączyć się elektroniczne intro do pierwszego utworu.
Wojownik i towarzyszący mu muzycy pojawiają się na scenie. Publiczność krzyczy i szaleje, dziewczyny piszczą. Chyba aktualnie żaden zespół w tym kraju nie potrafi wywołać tak entuzjastycznych reakcji. Elektroniczne intro nagle urywa się i rozpoczynają grać żywe instrumenty: gitara Atosa, bas Aramisa i perkusja Portosa. Oświetlenie perfekcyjnie dopasowuje się do ich dźwięku. Wojownik chwyta oburącz statyw i zaczyna wyśpiewywać tekst utworu – a wraz z nim: cała publiczność. To niesamowite, jeszcze przed chwilą byłem pod sceną, teraz już wybyłem gdzieś w lewy róg, pod głośnik.
Utwór dobiega końca, Wojownik wita się ze Stodołą swoim niskim głosem. Zaraz potem płynnie przechodzą do drugiego utworu – jak na razie setlista pokrywa się z programem debiutanckiej płyty. Utwory brzmią jednak na żywo o wiele dynamiczniej, jest w nich jeszcze więcej emocji, niż na albumie. Ich przeżywanie na pewno bardzo ułatwia rewelacyjne, selektywne nagłośnienie – zarówno pod samą sceną, jak i w dalszych sektorach klubu. Trzeci utwór tak samo jak na płycie, choć nie sposób nie zauważyć, że solówka w tym wypadku została niesamowicie rozbudowana. Zresztą Wojownik i Trzej Muszkieterowie znani są z licznych, koncertowych improwizacji. Widać wyraźnie, że gra sprawia tym muzykom niesamowitą przyjemność, że w tym zespole spełniają swoje marzenia, a publiczność bawi się z nimi wcale nie gorzej.
Po tych trzech utworach nie ma chyba w całej Stodole osoby, która nie dała się porwać w pogo i uwolniła swojej energii przy muzyce Wojownika. Zespół daje chwilę wytchnienia swoim fanom i przechodzi do balladowego, najbardziej wzruszającego utworu ze swojego debiutu. Teraz już nikt nie poguje, wszyscy stoją skupieni i wsłuchują się w muzykę, jakby wpadli w jakiś trans. Ktoś co najwyżej nieśmiało się pokiwa na boki. Dziewczyna, która stała obok mnie, wzruszyła się do tego stopnia, że autentycznie mogłem zaobserwować, jak po jej policzkach ciekną łzy. Głos Wojownika kilka razy załamał się przy wyśpiewywaniu swojego niesamowicie smutnego tekstu, lecz tylko spotęgowało to atmosferę. Gdy utwór dobiega końca, zaraz po przeszywającej do głębi solówce Atosa, jakaś dziewczyna z dalszych rzędów krzyczy na całe gardło w stronę sceny: „wyjdź za mnie!”. Za chwilę jakaś bliżej niej wrzeszczy „nie, za mnie!”. Wojownik jest jednak głuchy na te prośby i przechodzi ze swoim zespołem do kolejnej piosenki, tym razem największego singlowego przeboju.
Jest to doskonała okazja, by wokalista zaprezentował również swój charakterystyczny ruch sceniczny, za który kocha go cała Polska (wbrew pozorom: nie tylko ta żeńska jej część). Jeśli przy pierwszych trzech utworach mieliśmy do czynienia z szaleństwem, to teraz nie wiem, co to było.. Apokalipsa chyba. Przed następnym kawałkiem, Wojownika po raz drugi tego wieczora odzywa się do publiczności: „a to nie nasze..”. Dla urozmaicenia setlisty zagrali cover znanego przeboju – kompletnie przearanżowany, przez co brzmi jak kolejny hicior Wojownika. W sumie chyba ich wersja przekonuje mnie nawet bardziej od oryginalnej..
W następnych dwóch utworach zespół pozwala już sobie na pełną improwizację, rozciągając je do granic możliwości i wplatając w nie cytaty z innych, znanych piosenek. Taki mash up spotyka się z doskonałym przyjęciem publiczności, która może już nie szaleje jak na początku koncertu, ale jest to raczej spowodowane tylko jej zmęczeniem. Jeszcze tylko dwa utwory i cały materiał z debiutanckiego krążka można zaliczyć do odegranych, a Wojownik i Trzej Muszkieterowie znikają bez słowa ze sceny.
Publiczność jednak ma nadzieję, że to jeszcze nie koniec. Wszyscy krzyczą, na ile jeszcze tylko pozwalają im na to gardła: „WO-JOW-NIK! WO-JOW-NIK!”. W końcu pojawiają się. Wokalista kończy jeszcze pić wodę z butelki. Spod jednego z głośników zabiera drugą i rzuca w publiczność. Po chwili słychać, jak jakaś dziewczyna piskliwym głosem drze się „Jeeeezuu!”. Zespół przedstawia niespodziankę dla całej publiki, prezentując premierowy utwór – prawdopodobnie z nowej, opracowywanej właśnie płyty. Kawałek prezentuje styl bardzo zbliżony do debiutu, lecz popchnięty jeszcze dalej, słychać, że zespół się rozwija i dojrzewa, a także nie przestaje eksperymentować. Jeśli cały drugi album będzie utrzymany w podobnym stylu, możemy spać spokojnie o jego poziom. Gdy nowy utwór dobiega końca, Wojownik odgrywa jeszcze raz swój największy przebój. Publiczność znów szaleje, mimo że wszyscy już wyczerpali rezerwy swojej energii i pozdzierali gardła. Na koniec Wojownik szybko żegna się z publicznością: „dzięki, do zobaczenia jutro.. i pojutrze”, po czym cała czwórka znika ze sceny.
Po tym występie chyba nikt już nie może mieć wątpliwości, że wreszcie doczekaliśmy się gwiazdy światowego formatu. Oryginalny, przemyślany repertuar, doskonale sprawdzający się na koncertach, a przy okazji o ogromnym potencjale komercyjnym. Wielka dbałość o image i w pełni profesjonalne podejście do wszystkich spraw technicznych – mało kto mógł się pochwalić takim nagłośnieniem podczas koncertu w Stodole, również oświetlenie doskonale współgrało z muzyką i budowało fantastyczną atmosferę. Także sam Wojownik – niesamowicie charyzmatyczna osoba, od razu przykuwająca uwagę na scenie aż do samego końca występu, mimo że odzywa się na ogół tylko na jego wstęp i zakończenie (co jeszcze potęguje intrygujące wrażenie, jakie wywołuje). Jego wokal potrafi doskonale przekazać cały wachlarz emocji, podobnie towarzyszący mu instrumentaliści, grający na naprawdę światowym poziomie technicznym.
To był jeden z najlepszych koncertów, w jakich uczestniczyłem, a wierzcie mi: widziałem już na żywo niejedną gwiazdę. Mam nadzieję, że twórczość Wojownika spotka się z równie ciepłym przyjęciem na Zachodzie i także tam jego występy okażą się ogromnym sukcesem.
Wojownik otarł twarz ręcznikiem i rzucił w kąt. Otworzył drzwi garderoby, gdzie już siedzieli jego koledzy.
- O kurwa, ale czad.. – wysapał Portos, siedząc bez koszulki na krześle i cały czas wycierając się z potu.
- A pomyślcie, że to tylko trzy koncerty były, tutaj, u nas.. Jak to teraz w Europie będzie? – zapytał Aramis. Atos roześmiał się. – A ty co, Wojowniku? Nie jesteś zadowolony?
- Ona znów tam była. Trzeci dzień z rzędu. Stała przy barierkach przez cały występ. Uśmiechała się. Patrzyła w moją stronę..
- No to musi być nieźle pierdolnięta na twoim punkcie, jak jej się udało na wszystkie gigi bilety skołować. – podsumował Portos. Wojownik spojrzał na niego gniewnym wzrokiem.
- Po prostu pewnie jej się podoba twoja muzyka.. Jak wszystkim innym dziewczynom w tym kraju. – tłumaczył Aramis.
- E, a może zaraz tu zapuka? Jak jest taka zajebista, jak mówisz, to przydałaby się. – wyraził swoje zainteresowanie Portos.
- Zamknij się, Portosie, bo Wojownik zaraz ci w tym pomoże własną pięścią. – zareagował błyskawicznie Aramis, widząc narastającą furię w oczach Wojownika. – Wojowniku, pomyśl, że zaraz wyjeżdżamy w świat i tam jej już na pewno nie będzie.
- Ja nie wiem.. Ja chyba chcę, żeby ona była. – odparł cicho Wojownik.
- Ech, ciebie zrozumieć.. – poklepał go po ramieniu Aramis.
Perspektywa
John siedział w poczekalni na skórzanej kanapie. Na stoliku przed nim leżał stosik grubych, kolorowych pism z polakierowanymi okładkami. Nie był jednak zainteresowany ich lekturą – wolał obserwować wskazówki okrągłego, białego zegara, który wisiał nad stanowiskiem sekretarki.
Sekretarka była ładną brunetką w okularach, odcinających przezroczystymi szkłami jej duże, zielone oczy od szarej rzeczywistości białego pomieszczenia, w którym urzędowała. Właśnie wypełniała długopisem jakieś papiery, na co z zaciekawieniem patrzył John w przerwach obserwacji zegara.
Mimo tak wymyślnych metod przyspieszania go, czas wcale nie chciał mijać. John coraz bardziej się niecierpliwił i próbował skupić na obmyślaniu tego, co za chwilę będzie musiał powiedzieć. To niby wszystko takie proste, szef to przecież miły człowiek.. Jednak zawsze takim wizytom towarzyszy jakaś nutka niepokoju.
Szast.
Sekretarka wrzuciła papiery do szuflady i spojrzała na Johna swoimi dużymi, zielonymi oczami zza przezroczystych szkieł.
- Może jednak zrobię panu kawy? – spytała uprzejmym, lecz w pełni urzędowym tonem.
- Nie, dziękuję. – uśmiechnął się sympatycznie, lecz w pełni grzecznościowo John.
- To może jeszcze trochę potrwać. Pan Collins ma dużo do przedyskutowania, sam pan zna sytuację..
- Rozumiem. – kiwnął głową John. – Poczekam. Bez kawy.
Sekretarka uniosła na chwilę brwi, po czym wróciła do pisania – tym razem jednak na klawiaturze komputera.
Sekundnik zatoczył kolejne pełne koło wokół tarczy zegara. Minęła kolejna minuta. John zaczął rozważać, czy nie sięgnąć po którąś z kolorowych gazet. Ale nie. Wolał popatrzeć dyskretnie na sekretarkę.
W końcu drzwi uchyliły się w najmniej spodziewanej chwili i wyszedł z nich niewysoki, skośnooki mężczyzna w garniturze. W drzwiach żegnał się jeszcze bardzo serdecznie z Collinsem, szefem Johna. Gdy się nieco oddalił, Collins uśmiechnął się w stronę Johna i powiedział:
- Zapraszam pana.
John wszedł do gabinetu szefa i usiadł na czarnym, skórzanym fotelu, uprzednio podając rękę Collinsowi. Obaj mężczyźni siedzieli przez kilka sekund naprzeciwko siebie, rozdzieleni biurkiem. Szef cały czas uśmiechał się, jakby próbując rozluźnić swojego pracownika.
- No cóż, panie McCar.. Wie pan, jaka jest sytuacja w firmie.
- Zdaję sobie z tego sprawę.
- Nasze serie nie cieszą się już taką popularnością jak kiedyś.. Potrzebujemy czegoś zupełnie nowego, czegoś, co wstrząśnie graczami na całym świecie. To musi być hit. W naszej obecnej sytuacji nie możemy sobie pozwolić na wpadkę. To musi być z miejsca strzał w dziesiątkę.
John pokiwał głową.
- Tak.. – westchnął Collins. – Przejrzałem pański projekt. Bardzo uważnie, przemyślałem cały pański pomysł.
W gabinecie zapanowała niezręczna cisza. John wiedział, że taki rodzaj ciszy może przerwać jedynie bardzo głośny wybuch. Czekał, aż takowy nastąpi. Szef jednak nie chciał sam kontynuować tematu, John zaryzykował więc i spytał:
- I co pan myśli na jego temat?
Collins spojrzał bardzo poważnym wzrokiem w oczy swojego pracownika.
- Rewelacja. Absolutna rewelacja.
John odetchnął w duchu.
- Myślę, że to jest dokładnie to, czego potrzebujemy w tej chwili. Taka gra może wstrząsnąć całym światem graczy. Mam już zresztą do pana duże zaufanie, panie McCar. Po sukcesach pańskich poprzednich produkcji.. Myślę, że to będzie wielki hit. Powrót w glorii i chwale dla naszej firmy. Jest jednak jedna sprawa..
John spodziewał się tego. Wiedział, że musi być jakieś „ale”.
- Słucham pana?
Collins wstał od biurka i podszedł do okna, które rozciągało się przez całą tylną ścianę jego gabinetu. Obserwował przez chwilę jakiś punkt w dole ulicy, po czym odezwał się.
- Perspektywa.
- Co z nią nie tak?
- Pan rozumie.. Gry w perspektywie z trzeciej osoby powoli wychodzą teraz z mody. To już nie jest tak emocjonujące, jak kiedyś.. Teraz swoisty renesans przeżywają gry w perspektywie pierwszoosobowej. Miał pan już przyjemność grać w Quake Live?
- Nie..
- Szkoda. Musimy się umówić kiedyś na duela.. Albo może lepiej deathmatch. W sumie można by kiedyś zagrać większą grupą z naszej firmy. – Collins roześmiał się, ale po chwili powrócił do tematu. – W każdym razie.. To jest wielki sukces. Quake Live. Gracze przypomnieli sobie, jaka to frajda biegać po planszach, strzelać, obserwować cały świat z pierwszej osoby. To ma kolosalny wpływ na wczuwanie się w atmosferę gry. Rozumie pan?
- Tak, zdaję sobie sprawę, ale..
- Nie, panie McCar. Niech pan mnie nie zrozumie źle. Pański projekt jest znakomity, zachowuję go i obiecuję, że go zrealizujemy. Już mam nawet w głowie zespół, któremu powierzymy stworzenie pańskiej gry. Wszystko będzie według pańskiego pomysłu, ja panu ufam, mówiłem już.. Tylko.. Zmieńmy perspektywę. Gracz będzie sterował głównym bohaterem z wykorzystanie widoku z jego oczu. Z pierwszoosobowej perspektywy.
- Cieszę się, że tak się panu podoba mój projekt, ale.. Naprawdę, nie wydaje mi się, aby przy takim charakterze gry, jaki prezentuje mój projekt, pierwszoosobowa perspektywa była najlepszym pomysłem.. Jak pan sam mówił, nasza firma potrzebuje teraz hitu, trafienia prosto w dziesiątkę, a myślę, że jak teraz zmienimy w mojej grze perspektywę, to tylko na siłę ją upodobnimy do aktualnych hitów na rynku, udziwnimy i pozbawimy szans na wielki sukces..
- Proszę pana. – Collins patrzył teraz Johnowi prosto w oczy i mówił bardzo poważnie. – Ja powiedziałem już, ja panu ufam. Niech pan mi też trochę zaufa. Ja rozumiem, to może być trochę bolesne, takie zmienianie pańskiego projektu, taka ingerencja.. Zmiana perspektywy zawsze jest przecież bolesna. Ale ja już rozmawiałem z kilkoma specjalistami. Oni też są zachwyceni pańskim projektem, ale zgadzają się z moją opinią co do perspektywy. Pan rozumie. Takie trendy są teraz na rynku. My musimy teraz trendy wykorzystać. Nie możemy sobie pozwolić na jakieś eksperymenty.
John siedział w fotelu i ledwo zauważalnie kręcił głową. Wiedział, że nie ma szans w przeforsowaniu swojego zdania i że jego szef może mieć poniekąd rację, ale zupełnie nie zgadzał się z jego pomysłem.
- Wszystko będzie rewelacja, pan zobaczy. Dokładnie tak, jak pan to zaprojektował. I ta gra będzie hitem, naprawdę. Ja w to wierzę z całego serca. Pan też powinien. To tylko zmiana perspektywy, naprawdę.. Nie wpłynie to tak znacząco na grę.
John nie mógł już tego słuchać. Co jak co, ale perspektywa zawsze ma kolosalne znaczenie. Wszystko zależy od tego, w jakiej perspektywie się to przedstawia.
Studio
Wojownik stał przed mikrofonem z wielkimi słuchawkami na uszach w niedużej kabinie o pomarańczowych ścianach. Obok mikrofonu miał przed sobą tekst utworu, który skończył pisać zaledwie kilka godzin temu w korytarzu studia. Naprzeciwko niego znajdowała się szyba, przez którą mógł obserwować swoich pełnych napięcia kolegów z zespołu oraz opierającego się o konsoletę producenta ich właśnie nagrywanej drugiej płyty.
Wcale jednak nie chciał ich obserwować. Cały czas myślał o rudowłosej dziewczynie. Chciał, żeby to ona stała po drugiej stronie szyby. Wyobrażał sobie, że stoi obok niego w tej małej, ciasnej kabinie. Pomarańcz otaczających go ścian tak doskonale by się komponowała z kolorem jej włosów.. Tak pięknie rozpływałyby się po całej ich powierzchni, w tej ciasnej kabinie, gdzie nie zmieściłoby się nic więcej, poza dwojgiem ludzi.
Myśli kołatały mu się po głowie, wymieszane z losowo wybranymi wspomnieniami, gdzie i w jakiej sytuacji ją widział. Na koncercie. Jednym, drugim, polskim, francuskim. W środkach lokomocji, tramwaju, metrze. W tłumie ludzi, na korytarzu, w supermarkecie. Samotną w lesie.. Zawsze gdzieś w pobliżu, ale zawsze za daleko, by jej dosięgnąć. Zawsze pozwalając, by gdzieś zniknęła, gdzieś się rozmyła w rzeczywistości, ulotniła na swoich niewidzialnych skrzydłach uśmiechniętego anioła, ulotniła w kierunku nieba, gdzie na pewno musiała mieć swój dom, w jakiejś lepszej krainie, pomiędzy chmurami, po których dzień i noc kroczyli wzruszeni jej pięknem śmiałkowie. A może urzekła tylko jednego Wojownika?
- Nie. – odparł Wojownik do mikrofonu. Atos zaczął wymachiwać rękoma po drugiej stronie szyby. – Nie zaśpiewam tego. – Wojownik zerwał kartkę ze statywu obok mikrofonu i wyszedł z kabiny.
- Co ty robisz, do jasnej cholery?! – wydarł się Atos zaraz po wyjściu Wojownika.
- Wojowniku.. Mamy cały materiał na płytę gotowy. Nasz producent ma tu czas z nami w studiu tylko do końca tygodnia, wiesz, że to zapracowany człowiek. Każdy się teraz bije o jego usługi.. Nie możemy sobie pozwolić na taką zwłokę. – próbował zachować spokój Aramis.
- Nie. – kolejny raz stanowczo powiedział Wojownik. – Nie zaśpiewam ani tego, ani żadnej innej piosenki.
- Nie mogę z tym człowiekiem.. – wyjęczał Atos i oparł głowę czołem o ścianę. Producent siedział wciąż spokojnie oparty o konsoletę i bawił się swoją brodą.
- Czy ciebie popierdoliło?! – zaczął się teraz wydzierać Portos. – Cała Polska czeka na tą zasraną płytę teraz, kapucha leży na ziemi, trzeba się schylić tylko. Te gnoje tylko czekają na płytę, a potem jak damy kolejne koncerty, czy ty tego nie rozumiesz, idioto?! Więc wpieprzaj się z powrotem do tej jebanej kabiny i jęcz te swoje durne teksty, żebyśmy mogli zarobić, no!
Na Wojowniku krzyki Portosa nie robiły żadnego wrażenia, uśmiechnął się tylko z politowaniem.
- Panowie, zdecydujcie się.. Bo jak nie nagrywacie, to ja też bym sobie poszedł zarobić gdzie indziej. – niecierpliwił się już nawet producent.
- Powiedz, w czym tkwi problem, co? Przestało ci się podobać życie gwiazdy, teraz chcesz sobie pomarudzić? – próbował dalej Atos.
- Nie zrozumiecie.
- Ale może chociaż spróbuj nam wytłumaczyć? – irytował się już nawet Aramis. – Chociaż tyle może jesteś nam winien?
- Są takie chwile w życiu.. – zaczął Wojownik. – Po prostu czasem trzeba zmienić perspektywę. Nawet jeśli to bolesne.. I nawet jeśli nikt wokół nie jest w stanie tego zrozumieć.
W studiu zapanowała cisza. Przerwał ją dopiero Portos:
- Ja pierdolę, co za posranego typa sobie wybraliśmy na wokalistę..
Wojownik znów się uśmiechnął.
- No cóż.. Miło się z wami pracowało. Ale to już chyba koniec naszego zespołu. Powodzenia. – odparł Wojownik i opuścił studio.
Epilog
Wojownik maszerował lasem. Stęsknił się za jego widokiem przez ostatni rok. Brakowało mu krętych ścieżek między drzewami, śpiewu ptaków i tej wszechobecnej zieleni. To był jego świat. Jakkolwiek dziwne mogłoby się to wydać innym. Tu czuł się dobrze.
W końcu doszedł ścieżką do znajomej polany. To tutaj ćwiczył ostatni raz u swojego mistrza. Ze zdziwieniem zauważył, że na kamieniu obok siedzi dziewczyna z burzą czarnych włosów. Nic się nie zmieniła..
- Wróciłeś. – odparła Agla, nie podnosząc nawet głowy w stronę Wojownika. Wpatrywała się bez mrugnięcia w jakiś punkt na ziemi.
- Ano wróciłem. – potwierdził Wojownik i stanął obok niej, opierając się o drzewo.
- Znalazłeś?
- Co takiego? – spytał zaskoczony Wojownik.
- Nie wiem. Nowe życie, szczęście.. Może chociaż tę pomarańczowowłosą dziewczynę, za którą wtedy tak pobiegłeś?
- Ty też ją wtedy widziałaś?
- Daj spokój. – prychnęła Agla, nie odrywając wzroku od ziemi. – Przecież zawsze miałam lepszy wzrok od ciebie. Szukałeś jej w ogóle potem?
- Chyba szukałem.. – skłamał Wojownik. Nie chciał, by Agla dowiedziała się, że uganiał się za rudowłosą dziewczyną przez cały czas swej nieobecności.
- To czemu wróciłeś?
- Chyba sobie uświadomiłem.. Może nie było warto? Może ona nigdy nie istniała, może tylko przywidziała mi się między tymi drzewami?
Agla nie odezwała się.
- Wróciłem, bo brakowało mi lasu. Tu są drzewa, ptaki.. Ten kamień, na którym teraz siedzisz, też tutaj jest.
- Ja jestem. – uzupełniła Agla.
- Tak? – spytał z zaciekawieniem Wojownik. – Jesteś?
Agla wstała z kamienia i patrzyła jeszcze przez chwilę gdzieś w ziemię. Odwróciła głowę i spojrzała swoimi brązowymi oczami prosto w oczy Wojownika. Pierwszy raz miał okazję popatrzeć na nią w ten sposób.
- Mhm. – przytaknęła ochoczo Agla.
Oboje jeszcze stali przez chwilę naprzeciwko siebie, wpatrując się w swoje oczy.
- Chodź. – przerwała w końcu ciszę Agla. – Zobaczymy, czy nie wyszedłeś z formy przez ten czas.
Sięgnęła za jedno z drzew, by wyciągnąć zza niego dwa miecze. Jeden rzuciła Wojownikowi. Chwilę potem już walczyli na środku leśnej ścieżki. Pełni determinacji i skupienia, na śmierć i życie. Tak jak przedtem. Tylko niebo się zrobiło błękitne i nie dało już wyciskać na siebie żadnych dziwnych owoców.
Marzec 2009
|